niedziela, 27 kwietnia 2014

Turystyka wiejska zwiedza stadniny :)

Dzisiejsze, niedzielne zajęcia z produkcji znów mieliśmy w terenie. Lubię te nasze wypady - jak na artystę przystało, szybciej dociera do mnie wiedza, gdy mogę ją "zobaczyć", czyli przekazana wizualnie :D Dodatkowo, dwie stadniny, które tym razem odwiedziliśmy, były tak różne, że mały szok, zaszczepiony w dniu dzisiejszym, pozostanie ze mną co najmniej przez kilka dni, jeśli nie tygodni... Strzeszyn i Gruszczyn... Pierwsza stadnina, piękna, klimatyczna, może nie aż tak "pokazowa" ale widać, że tutaj pasja zwycięża z pogonią za pieniądzem. Druga stadnina - tutaj też pasja, ale pasja, która w cieniu pieniądza powoli umiera...

Kilka migawek...

Nasz bus w ciągu ostatnich dni przeszedł metamorfozę... Jak wam się podoba? :)





 Jesssssuuuuu!!! Jaka ja niefotogeniczna jestem! Zawsze moja Cyntia mówi: "Mama, ty taka ładna kobieta jesteś, ale na zdjęciach wychodzisz fatalnie! Jak nie ta sama osoba!".
 Tulimy... ;) Taką mieliśmy potrzebę, w tym samym momencie...





piątek, 18 kwietnia 2014

Rok...

Dokładnie rok temu mierzyłam się z poważną chorobą. Na tyle poważną, że bardzo długo lekarze nie potrafili postawić trafnej diagnozy, błądząc i w pewnym momencie podejrzewając najgorsze. Ciężka choroba to coś okropnego - niby wiemy, że dotknąć może każdego, ale podświadomie myślimy: "wszyscy, tylko nie ja"... Pamiętam przerażenie moich dzieci, gdy każdego wieczoru walczyłam o choćby najmniejszy, najpłytszy oddech. Pamiętam uciekający wzrok lekarzy, którzy nie potrafili spojrzeć mi w oczy, mówiąc: "Musi pani wiedzieć, że jeśli będzie to to najgorsze, to jest to, niestety, nieoperowalne". Pamiętam kilka tygodni nieprzespanych nocy, bo niby jak długo można spać w pionie, na siedząco... I pamiętam ból, kiedy osoba najważniejsza z ważnych, na której wsparciu najbardziej ci zależy, mówi coś w rodzaju: "Sorry, Mike, ale nie... Nie potrafię... Ale jeśli chcesz pogadać, nawet w nocy, możesz zadzwonić". Jeśli chciałabym pogadać, wiem, że istnieją telefony zaufania. W ciężkiej chorobie człowiek potrzebuje bliskich "namacalnie". Tak, teraz już wiem, że tragedie życiowe konfrontują przyjaźnie, związki, znajomości... A dzisiaj? Po roku? Jestem zdrowa, aczkolwiek potężnie farmakologicznie nafaszerowana :) Chociaż... Żeby nie zapeszyć - od dwóch tygodni bez leków! Żadnych! :)
A co mi dało to "doświadczenie"? Czego nauczyło? Uświadomiłam sobie, że zapewne Ten, który zarządza z Góry tym całym bałaganem, uznał, że na mnie jeszcze nie pora; że jeszcze mam coś do zrobienia, do przerobienia jakieś lekcje i "zadania domowe" :) Nauczyłam się, że przysłowie o przyjaciołach poznawanych w biedzie, ma swój głęboki, racjonalny sens; że jeśli przyjaźń opiera się na świecie wirtualnym i druga osoba nie robi nic, by przełożyć to na świat rzeczywisty, to właśnie na tym jej zależy - na wirtualności tej relacji (ja akurat po niecałych 4. miesiącach zrozumiałam, dlaczego, ale wiele osób zapewne nie doświadcza takiego "oświecenia").  Pojęłam, jak niewielką wagę przykładałam do zdrowego odżywiania, wygospodarowywania czasu tylko dla siebie, myśląc przede wszystkim o innych; dzisiaj zmieniło się to radykalnie, a ja czuję się zdrowsza i silniejsza (fizycznie i psychicznie) niż przed chorobą. Podsumowując: ciężka choroba bywa dla człowieka czasami... ozdrowieniem ;)

Torba uszyta dla Pani Oli w technice 'crazy patchwork':





czwartek, 17 kwietnia 2014

Fiolet...

Jakoś nas dzisiaj z koleżanką naszło na rozważania o kolorze fioletowym... Zapytana pod kątem moich zainteresowań szamańsko - magicznych o jego znaczenie w kwestii tego, co niewidoczne dla oczu, zaczęłam się zastanawiać, pod koniec tychże rozważań, jak często ów kolor występował w moich pracach. A że pamięć ma zawodna, a prac dużo, pogrzebałam trochę w folderach ze zdjęciami ;)
Poduszka o wymiarach 40 x 40 cm.


wtorek, 15 kwietnia 2014

Średnia wieku

Miałam dzisiaj okazję przebywać w pewnej firmie X; razem ze mną w pomieszczeniu około 10 osób - przedział wieku od 22 do około 54 lat (mnie, w wieku bliższym granicy górnej, pomińmy). Same kobiety... A oto i rozmowa, jaką podsłyszałam (celowo piszę "podsłyszałam", a nie "podsłuchałam", gdyż czasami niemożliwym się staje wyłączenie na bodźce słuchowe, niestety).
Do pomieszczenia wchodzi młody magazynier i rzuca w kierunku równie młodej brygadzistki:
- Będziemy mieli nowego magazyniera.
- Tak? A ile ma lat? Zaniży nam średnią wieku, czy zawyży?
- Rocznik 1985 - rzuca magazynier.
- Cooo???!!! Taki stary?!
- Nooo, a był jeszcze jeden kandydat! Rocznik 1982.
- Nieeeeee!!! - śpiewnie zawodzi brygadzistka.
- Ale staruch!!! - dorzuca jej zastępczyni.
...
Patrzę po twarzach kobiet i na niektórych widzę niesmak, zaskoczenie i zażenowanie... Co najdziwniejsze, uczestnicy dialogu to osoby, które właśnie pokończyły studia, więc -po pierwsze- są zaledwie kilka lat młodsze od "starego", przyszłego magazyniera, a -po drugie- stanowią, poprzez swoje wykształcenie wyższe, kwiat inteligencji polskiej. Przy zupełnie innej okazji, będąc w tejże firmie, zdarzyło mi się usłyszeć od tej samej brygadzistki, określenie pewnej pracownicy w wieku około 55-57 lat... "stara rura"! Zaczynam się zastanawiać, jakie pokolenie wypuszczamy obecnie z domów, szkół, wyższych uczelni?! Czy naprawdę w dzisiejszych czasach kult młodości, sieciówek, galerii handlowych, kart kredytowych, liftingu i botoksu tak poprzestawiał młodym ludziom w głowach, że kwestie upływu czasu ograniczają do własnego "JA TU I TERAZ" ???!!! A wszystko, co jest poza tym, nie istnieje? Jest niegodne zastanowienia? Jest niegodne szacunku?
Zastanawia mnie, jaki jest stosunek tych młodych ludzi do ich matek, ojców, babć, dziadków... Bo oni chyba istnieją, też gdzieś pracują, być może w środowisku... ludzi dużo młodszych od siebie! A co, jeśli i tam ktoś rzuca w kierunku matki wspomnianej brygadzistki "stara rura"???
Na jakim świecie ja żyję?! Od ukończenia szkoły średniej zawsze gdzieś pracowałam. W każdej firmie wśród pracowników mieliśmy patchwork płci, wieku, wykształcenia, pochodzenia społecznego i nigdy nie spotkałam się z takim brakiem szacunku! Wręcz przeciwnie! Zawsze imponowały mi osoby z dużym doświadczeniem, nie tylko zawodowym, ale też życiowym... Odkąd pamiętam, rozczulał mnie widok starych, pomarszczonych, spracowanych dłoni... Twarzy, na których każda zmarszczka oznaczała jakąś głęboką mądrość; i nie chodzi o mądrość wyczytaną z encyklopedii, czy grubych ksiąg, ale ze zwykłego, pełnego zmagań życia.
Cóż, może nieco ironicznie, pozostaje mi życzyć owej "młodej" brygadzistce dobrnięcia z takim "luzem i polotem" do emerytury, czyli do... 67. roku życia ;) O ile do tego czasu wiek emerytalny nie poszybuje ponownie w górę ;)

Żeby nie było całkiem "dobitnie" i smutno - coś kolorowego: kosmetyczka, wykonana techniką 'crazy patchwork'.



niedziela, 13 kwietnia 2014

Dla równowagi...

...po wczorajszym udanym wyjeździe na jarmark do Szreniawy, dzisiejszy wypad do gospodarstwa ekologicznego w Chudobczycach był totalnym niewypałem... Już pomijam fakt, że samo gospodarstwo Fundacji "Barka" w realu ma się nijak do tego przedstawianego w Internecie (czegóż to podrasowane zdjęcia nie sprzedadzą!), to opowieści "podopiecznych" o swojej przeszłości, snute w sposób luzacki, nad wyraz łatwy i wylewny, wydają mi się mocno wyreżyserowane. Jeśli miałabym wam powiedzieć, co ciekawego z gospodarstwa wynieśliśmy, odpowiem wam: NIC! Nie ma tam niczego, co być powinno. Poza dwudziestoma kilkoma owcami i dwudziestoma kilkoma kozami, poza dwoma "foliowcami" z posianą rzodkiewką i marchewką oraz dźwigającym się z ruin pałacykiem... pustka. Wiem, że dla tej instytucji każdy uratowany i wyciągnięty z dna człowiek jest wielkim sukcesem, ale jeśli pisze się i mówi o "gospodarstwie ekologicznym" na takich potężnych hektarach, to niech to chociaż po części ma ręce i nogi... Cóż, jako osobie pozytywnie patrzącej w przyszłość pozostaje mi wierzyć, że to, co najlepsze, dopiero przed tym gospodarstwem. Oby...
Tak więc jedynym plusem naszej wycieczki była jazda naszym busem w stylu 'hippie', wzbudzająca euforię zarówno wśród współpasażerów, jak i przechodniów na ulicach, a także wszystkich mijających nas kierowców, że o patrolach drogówki na trasie i panienkach tirówkach nie wspomnę ;)









sobota, 12 kwietnia 2014

Wiejskie praktyki czas zacząć...

Pisałam już, że jesienią poszłam na turystykę wiejską??? Pisałam! ;) Ten wybór, to dla mnie jak wygrana w bingo. Super kierunek, fajna szkoła, a przede wszystkim cudowni ludzie. Ja wychodzę z założenia, że w życiu nic nie dzieje się przez przypadek, a wszystkich ludzi, jakich spotykamy na naszej drodze, spotykamy "po coś", dlatego za każdego ludka z turystyki wiejskiej codziennie dziękuję losowi.
Przez całą jesień i zimę pilnie uczyliśmy się w szkolnych murach, więc naturalną koleją rzeczy było opuścić je wraz z nadejściem wiosny ;) Tak oto zaczęliśmy "wiejskie praktyki", czyli nasze wycieczki po gospodarstwach i innych miejscach godnych uwagi. Dzisiaj na pierwszy ogień poszło Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno - Spożywczego w Szreniawie, a okazja tym fajniejsza, że dzisiaj i jutro odbywa się tam Jarmark Wielkanocny.
Ludzie walą całymi rodzinami, bo faktycznie jest tutaj na co popatrzeć. Największa frajda dla dzieciaków, gdyż niewiele jest takich miejsc, gdzie mogą się dowiedzieć, jak to "drzewiej na wsi bywało". Poza tym zwierzaki "na żywo", więc mit z fioletową krową, od której mamy czekoladę, pęka, jak bańka mydlana ;D
A jarmark, jak to jarmark... Urocze, wiejskie "mydło i powidło" - od plastikowego badziewia, poprzez nostalgiczne baloniki na drucikach, po piękne, polskie rękodzieło... Najwięcej jednak punktów gastronomicznych z żarełkiem. Polskim, swojskim - a jakże! Wielkie bochny chleba, szyny i kiełbachy, a nawet piwa z całego świata; najdroższe ponad stówkę za butelkę ;P... I tutaj pojawił się problem! Nikt nie pomyślał o tych, którzy mięcha nie jedzą! Wiecie, jaki ja, wegetarianka, miałam problem, by wrzucić coś na ząb?! Okrążyłam wszystkie kramy chyba ze dwa razy, by w końcu na jednym, jedynym znaleźć paszteciki z kapustą i grzybami! To wszystko!!! Mimo bogatych wrażeń wzrokowych, wróciłam głodna nieco ;)

Ja, rękodzielnik, już tak mam, że na każdym tego typu jarmarku, wysupłam z tłumu jakichś innych rękodzielników - mistrzów w swoim fachu, by pozachwycać się ich pracami, pomiziać, podotykać (oczywiście, prace! :D ). I tym razem tak było... Już przy "pierwszym okrążeniu" rzucił mi się w oczy kramik z przepięknymi pracami Magdy i Jacka Tesławskich z "Osady Krajeńskiej". Drewniane naczynia tak cudnej urody, wykonane z taką starannością, a jednocześnie zachowujące rustykalny, wiejski styl, że mogłabym stać i głaskać każde z nich godzinami.
Dla Waszej informacji podam namiary na autorów tych cudeniek, bo warte są uwagi ;)
www.osadakrajenska.pl
http://teslawscy.blogspot.com/





Jeśli jesteśmy przy drewnie, to natknęłam się również na takie ciekawe rzeźby, ale autora, niestety, nie namierzyłam ;)
I jeszcze kilka migawek "muzealnych" ;)