środa, 16 lipca 2014

Nie tak powinno być...

Wychodzę dzisiaj z onkologii. Windę, którą zjeżdżam, ktoś wciąga do góry... VI piętro... Do windy wchodzi młody chłopak, +/- 20 - 22 lata... Mówi się o facetach "przystojny"; rzadko kto mówi "piękny"... Więc ten chłopak jest niewątpliwie piękny. Klasyczne, subtelne, interesujące rysy twarzy. Przenikliwy wzrok magicznych oczu. Ponadprzeciętnie piękna sylwetka... Gdyby żyli Da Vinci i Buonarotii, z pewnością chcieliby go rzeźbić i malować... I tylko chustka na głowie, zawiązana po piracku, wacik, przyklejony plastrem do przedramienia i dyskretnie zarysowujący się pod skórą port do chemioterapii, wynurzający się spod skąpej koszulki wskazują, co chłopak robi w tej windzie... Nie tak powinno być... Nie tak...
...

***

"Patchwork Cocoons" - naszyjnik.







środa, 9 lipca 2014

PEKA

Jako poznanianka i osoba korzystająca ze środków komunikacji miejskiej, pragnę w imieniu swoim, a także w imieniu wszystkich poznaniaków, podziękować włodarzom naszego miasta, za twór zwany PEKĄ… A żeby doprecyzować, bowiem twór jest złożony, szczególne podziękowania należą się za to, co zafundowano nam od 1 lipca w związku z „rewolucyjnymi” zmianami, mającymi ułatwić wszystkim życie. Palec pod budkę, komu ułatwiły!!!
Jako przykładna mieszkanka naszego miasta, kartę wyrobiłam sobie jakieś półtora roku temu i korzystałam z niej od czasu do czasu, ładując tzw. sieciówką (ostatni raz w marcu; a co! miałam gest!). W pierwszym dniu „rewolucji”, czyli 1 lipca, chcąc się przemieścić z punktu A do punktu B tramwajem, postanowiłam zasilić moją kartę pewną kwotą (sieciówki w tym momencie nie potrzebuję), zatem weszłam do osiedlowego sklepiku, zaopatrzonego na drzwiach w stosowną naklejkę, informującą, że właśnie tutaj owej operacji mogę dokonać.
Pani jeździła przez chwilę po czytniku moją kartą, po czym oznajmiła, że niestety, operacji dokonać nie można, gdyż karta jest…nieaktywna! I tutaj posiadłam wiedzę, że to, iż posiadam kartę, to pikuś! Kartę, mimo że ważna, należy aktywować!!! Musi to zrobić każdy posiadacz karty, bez względu na to, kiedy ją wyrobił! Każdy!!! Czyli tysiące, jeśli nie setki tysięcy (bo przecież z kart korzystają też osoby spoza Poznania, dojeżdżające do pracy lub szkoły) pasażerów! Ale problem polega na tym, że nie można jej aktywować ani w kioskach i sklepikach, ani przez Internet, a jedynie w głównych punktach ZTM, których jest niewiele :/
Cóż, pomyślałam sobie, śmignę na Rondo Rataje… A tam niespodzianka! Tłum ludzi, kolejka, jak za czasów komuny, kiedy rzucali papier toaletowy lub kawę do sklepów. Odpuściłam i zostałam zmuszona zakupić zwykły bilet papierowy, za który nieźle przepłaciłam, ponieważ czas podróży oscylował w granicach 15 minut, a jakiś kretyn wpadł na pomysł, by zlikwidować bilety 15-minutowe i 30-minutowe, wprowadzając „10” i „40”! Przed 1 lipca na trasie „A>B i B>A” skorzystałabym z dwóch „15”, a teraz musiałam kupić dwie „40”!
W kolejnych dniach moje wycieczki na Rondo Rataje kończyły się powrotem „z niczym”, bowiem o którejkolwiek godzinie bym nie poszła, witały mnie kolejki jeszcze dłuższe, niż dnia pierwszego, a że czas swój cenię bardzo, odpuszczałam. Aż tu przedwczoraj po południu dostaję SMS-a od mojej Dalii mniej więcej o treści: „Mama, przynieś mi na Rondo coś do picia, bo stoję w kolejce po aktywację karty i za chwilę padnę”. W trosce o dziecko, złapałam butlę z wodą i w trzydziestokilkustopniowej spiekocie pognałam do punktu ZTM z nadzieją, że przy okazji aktywuję swoją…
Już pędząc przez podjazdy do autobusów widzę tłum ludzi, wypełniających szklane „akwarium” i kolejkę wijącą się kilkanaście metrów poza drzwi. Przeciskam się przez tłum upoconych i zmarnowanych stojących, by odnaleźć swoje dziecko, ale jej nie widzę, mimo, iż wylazłam drugą stroną, wprost na sklep „Merlina”, gdzie… wije się druga kolejka!!! Wlazłam ponownie do środka, łapię za telefon, by namierzyć dzieciaka i słyszę w słuchawce: „Matka, jestem za tobą”. Jest! Kuka zza jakiegoś faceta, półtora metra ode mnie. Cóż, przy wzroście 157 cm moje pole widzenia jest mocno ograniczone, bo z reguły widzę na poziomie czyjejś klatki piersiowej, a bywa, że i pępka :D
Poję dziecię i każę jej usiąść na jedynym, osamotnionym, tapicerowanym krześle, które zadziwia mnie tym, że jest wolne w takim tłumie stojących. Dopiero po chwili dociera do mnie, że klapnięcie na nim w takim upale, grozi wielką, mokrą plamą na tyłku…
Stoimy…
- Dalia, a dlaczego my stoimy w stronę tego korytarzyka, w stronę tej „ślepej uliczki”?
- Bo tam jest tylko aktywacja karty.
Yyyyyy!!! Wychylam się z tłumu przed stojących przed nami i widzę gdzieś z przodu maleńki stoliczek, a przy nim na krzesełku, przed laptopem, młodą kobietę, aktywującą ludziom karty! Rozumiecie to?! Nie w jakimś okienku, tylko zwyczajnie – wśród tłumu oczekujących!!!
Yyyyyy!!! I kolejny szok! Dowiaduję się od Dalii, że ten tłum w „akwarium”, to właściwie trzy kolejki!!! Pierwsza, w której stoimy – do aktywacji karty. Tam, gdzie aktywujesz, nie możesz karty zasilić; możesz to zrobić tylko w okienku, więc po aktywacji czeka cię stanie w kolejce numer… 2?! Pudło! A nie, bo to jest właściwie kolejka numer… 3!!! Okazuje się, że po aktywacji przy stoliczku, dobrze jest ustawić się w kolejce numer 2, tuż przy wyjściu na perony, gdzie przy czytniku stoją wolontariuszki, które sprawdzają, czy… karta się dobrze aktywowała, ponieważ okazuje się, że czasami coś idzie nie tak i po odstaniu swojego w kolejce nr 3 po doładowanie, możesz się rozczarować, odchodząc z niedoładowaną kartą i sugestią, że masz udać do siedziby głównej ZTM na Matejki w celu wyjaśnienia, dlaczego rewolucyjny system PEKA cię nie chce!:/ Stojąc do czytnika po aktywacji (a więc w kolejce numer 2), byłam świadkiem dokładnie takiej sytuacji, kiedy to chłopak przede mną, po odstaniu kilku godzin na Rondzie, został odesłany właśnie do „paszczy lwa”…
Ale wracajmy do kolejki „aktywacyjnej”… Ciesząc się początkowo, że w miarę sprawnie to idzie, zostałam szybko sprowadzona na ziemię, ponieważ system aktywacyjny uległ zawieszeniu! Na jak długo – nie wiadomo. Podobno często się zawiesza; raz na dłużej, raz na krócej… Stoimy… Cierpliwie…Zdesperowany chłopak z tyłu kolejki próbuje rozładować napięcie i proponuje z humorem, żebyśmy zaczęli grać w „głuchy telefon”. Będzie wesoło :D
Czas oczekiwania na „odwieszenie” wykorzystuję na wypełnienie oświadczenia o tym, że tutaj mieszkam, tutaj płacę podatki, w związku z czym mam prawo do parozłotowej zniżki na tzw. „bilecie metropolitalnym”. Oczywiście, na oświadczeniu nie omieszkano mnie postraszyć, że mogę zostać „prześwietlona” pod kątem mojego zeznania podatkowego…
Aaaaa, a wracając do „biletu metropolitalnego”! To dopiero jest jazda! Jakieś dwa miesiące temu, w broszurce informacyjnej, wrzuconej do mojej skrzynki, natknęłam się na zdjęcie uśmiechniętego naszego Prezydenta Grobelnego, a pod nim informację, że to właśnie on wymyślił nazwę „bilet metropolitalny”! Panie Prezydencie, cóż za kreatywność słowotwórcza! Nie wiem, ile nocy Pan nie spał, rozmyślając i tworząc, ale niestety, sukcesu Pan nie odniósł. Widząc bowiem zmagania klientów w kolejce nr 3, próbujących wypowiadać w stronę kasjerki: „bilet mertooopolipolitapo…”, „bilet metropopoplitarny..politalny”, współczułam zarówno jednym, jak i drugim. Kasjerki z wyrozumiałością, bez słowa, skinieniem głowy, dawały do zrozumienia: „Nie trzeba. Kumam.” Chwała też ZTM-owi za to, że kasjerki siedzą za szybką, bowiem pod koniec dnia mogłyby spłynąć w potokach śliny klientów, próbujących wymówić tego słowotwórczego gniota… A przy okazji nazewnictwa! Kolejne „podziękowania” za nazwę „tPortmonetka”, bowiem chyba nikt z mieszkańców Poznania do dzisiaj nie wie, jak poprawnie to wymawiać: „tportmonetka” czy „teportmonetka”. Gratulacje! Należy jednak mieć nadzieję, że poznaniacy szybko ułatwią sobie życie i wymyślą nazwy własne, podobnie jak stało się z popularnym „Chlebakiem”, którego już chyba nikt nie nazywa PCC…
Ponownie wróćmy do kolejki „aktywacyjnej”, ponieważ…Jeeeeest!!! System się odwiesił!!! Kolejka początkowo ruszyła ospale, niczym w słynnym wierszu o lokomotywie, by po chwili nabrać tempa i dość szybko znalazłyśmy się przy maleńkim stoliczku… Szok! Pozytywny szok!!! Przy stoliczku siedzi niezwykle sympatyczna kobieta, uśmiechnięta, wyluzowana, pozytywna w każdym calu, z przypiętym do bluzki identyfikatorem: „Wolontariusz”! Sprawnie aktywuje kartę, przyjmuje oświadczenie, wyjaśnia… Kap! O, kurczę! Coś mi przeleciało przed oczyma! Deszcz pada? W środku?! Zerkam w górę. Kapie z klimatyzacji! Kap! Kap! Zerkam w dół. Obok biurka, tuż przy nodze wolontariuszki, granatowe wiaderko plastikowe, do którego powolutku sobie kapie! Kap! Krople lecą kilkanaście centymetrów od lewego łokcia wolontariuszki! Ja cię!!! Podziwiam, bo ja bym nie mogła pracować w takich warunkach! Wnioskuję w imieniu mieszkańców miasta Poznania o uhonorowanie tej pani jakąś nagrodą, bo to anioł w ludzkim ciele! Naprawdę! Bez ściemy!
Po aktywacji naszych kart idziemy do kolejki nr 2 w celu sprawdzenia. Jest! Udało się! Teraz Dalia powinna stanąć w kolejce nr 3, aby załadować sieciówkę, ale mamy przy sobie odpowiednią ilość gotówki, więc wpadam na pomysł, by zaryzykować i udać się do kiosku po drugiej stronie ulicy – tam za gotówkę można było ładować przed „rewolucją”… Udało się!!!
Tak sobie myślę, że wygrali ci, którzy od 1 lipca wyjechali gdzieś na wakacje, ponieważ uniknęli boomu na punkty ZTM.  Kiedy wrócą, może już się to wszystko rozładuje… A ci, którzy nie mieli tego szczęścia? Cóż, władze naszego miasta zafundowały im inny rodzaj „wypoczynku” – wczasy, a raczej… półkolonie, pod nazwą „Gra Miejska, czyli… Survival z PEKĄ”… Kto jeszcze nie skorzystał, zapraszam do punktów ZTM :)
Pozdrawiam :D

***
Jeśli szaleć, to na całego - "Bohemian Pillow", czyli kolejna poduszka uszyta w technice 'crazy patchwork'. Wymiary: 40 x 40 cm.


czwartek, 19 czerwca 2014

Oczekiwanie...

Zawieszenie i oczekiwanie - tak mogę określić obecny mój stan. Ojciec Moich Dzieci już po operacji, wrócił do domu - czekamy na wynik histopatologii... W tym tygodniu zdawałam też egzaminy zawodowe, pisemne; w poniedziałek teoretyczny, we wtorek praktyczny - wynik dopiero pod koniec sierpnia. 
Za to w moich ukochanych "szmatach" nie ma stanu zawieszenia :) Fruwają po całym pokoju, a maszyna furczy. Jakoś mnie wzięło ostatnio na małe formy, chociaż w porywach powstaje makata, która w sierpniu pojedzie do Kanady.

***
Kolejny bieżnik z wzorem 'Apple Core'. Wymiary ("po prostokącie"): 45 x 78 cm. 







środa, 4 czerwca 2014

Czy to jest krew???

Wczorajsze popołudnie. Darek leży po operacji, z milionem rurek podłączonych do ciała. Rana jak po podwójnej cesarce, dziury w brzuchu - tu cewnik, tam stomia, tam dren odprowadzający. Rury w nosie, pompa, morfina... Kończy się ostatnia kroplówka i widzę, że w rurce zaczyna robić się czerwono. Centymetr po centymetrze cofa się krew. Lecę do dyżurki pielęgniarek, ale tam pusto. Słyszę za to salwy śmiechu w pokoju pielęgniarek za recepcją. Pukam. Wychodzi pielęgniarka.
- Siostro, czy ja mogę prosić od odłączenie od kroplówki pacjenta z 4-2-5. Leży po operacji. Do kroplówki cofa się krew.
- Tak, tak. Zaraz przyjdę.
Wracam na salę. Mija 10 minut, a ja patrzę, jak kolejne centymetry rurki wypełniają się czerwoną cieczą. Nie wytrzymuję, idę ponownie... W dyżurce nadal pusto, a w pokoju za nią - ciągle salwy śmiechu... Tym razem pukam głośniej. Wychodzi ta sama pielęgniarka i zabija mnie wzrokiem.
- Siostro, czy w końcu ktoś przyjdzie do tej kroplówki.
- Powiedziałam, że zaraz!!!!!!! Mamy właśnie raport!!!!!!!
Hmmm... Wesoły ten "raport", myślę sobie...
Po kolejnych 5. minutach pojawia się na sali i od drzwi ryczy na mnie.
- Proszę pani, tutaj jest szpital. Tutaj się czeka. Mieliśmy raport.
Podchodzi do kroplówki, podnosi czerwoną rurkę i mówi:
- Nooooo, proszę pani! To ma być krew????!!!!
- Hmm... Wie siostra, ja wykształcenia medycznego nie mam. Jeśli coś jest podłączone do żyły i nagle rurka ta zaczyna wypełniać się czerwoną cieczą, to laik, jak ja, którego uczono, że w żyłach płynie krew, właśnie JĄ!!! tam widzi. Jakoś nie wygląda mi to na farbkę plakatową, olejną tym bardziej. Na żel do kąpieli też nie...
Pielęgniarka nic nie odpowiada. Zabija mnie wzrokiem ponownie, odłączając nerwowo kroplówkę i wychodzi, trzaskając drzwiami.
...
Ciekawi mnie, jak długo jeszcze trwał "raport" i jak długo inni pacjenci nie mogli doczekać się pielęgniarki...

***

Bieżnik uszyty techniką patchworku klasycznego z wzorem 'Apple Core'', z tkanin bawełnianych w tonacji zielono - białej. Zszyty z trzech warstw (wewnątrz ocieplina) i przepikowany techniką quiltingu maszynowego. Obszyty skośną lamówką. Spód z tkaniny w kolorze oliwkowej zieleni. Wymiary (mierzone "w prostokącie"): 45 x 78 cm.







czwartek, 29 maja 2014

Diagnoza

OMD już po wstępnej diagnozie... Lekarz prowadzący przyznał, że w całej swojej karierze nie widział takiego "stwora" - guz jest bardzo duży, nie dość, że się rozrasta, to wchłania w siebie okoliczne tkanki (jedna ściana "przyklejona" do pęcherza, jak to określił). Darek stara się trzymać, ale rzucone niby z humorem w stronę lekarza, przy trzęsącym się podbródku: "Panie doktorze, to ile mi zostało?", zwala mnie z nóg. Widzę, że lekarz prowadzący, także humorem, próbuje rozładować atmosferę: "Nie wyrokujmy. Może to tylko bardzo rozległy stan zapalny. Poza tym nie masz pan gęby nowotworowca."
Z kolei profesor Krokowicz mówi prosto z mostu, że na 99,9 % to rak i należy się nastawić na poważną i szybką operację, po której wdrożona zostanie chemioterapia. Ale najpierw operacja i histopatologia. Dowiedziałam się, że ze względu na wielkość guza i złożoność operacji (możliwa stomia), ma operować ktoś z grona profesorskiego. Zrobię wszystko, stanę na głowie, by był to prof. Krokowicz...
Najciekawsze jest pytanie lekarzy, dlaczego tak późno!!! Ha! Problem w tym, że to pytanie należy zadać lekarzom, którzy leczą Darka od... grudnia!!! Bo wtedy wystąpiły pierwsze objawy, ale lekarze leczyli go... antybiotykami (!!!) twierdząc, że pewnie "jakiś mały stan zapalny", a lekarz gastrolog badał go "przez biurko" - fizycznie nawet pacjenta nie dotknął! Żaden nie widział potrzeby skierowania na USG! Mdli mnie, gdy słyszę od lekarzy o jakiejkolwiek profilaktyce - czcze gadanie...

***

Mięciutka i leciutka, duża torba. Uszyta techniką patchworku klasycznego z tkanin bawełnianych. Wewnątrz odszyta satynową podszewką w kolorze khaki, z dwudzielną kieszonką z wzorzystej tkaniny. Jedna strona torby ozdobiona abstrakcyjnie naszytą włóczką oraz 3. dużymi guzikami, przytwierdzonymi do torby włóczkowymi frędzlami. Wymiary: szer. u wylotu - 39,5 cm; wys. - 43,5 cm; głębokość dna - 12 cm; długość rączek - 57 cm.



środa, 28 maja 2014

Wszystko stanęło na głowie...

Wszystko... Wczoraj Ojciec Moich Dzieci wylądował w szpitalu z krwawieniem z przewodu pokarmowego. SOR, badania, przepychanki z gabinetu do gabinetu, od lekarza do lekarza. Pacjent trafia do szpitala po 9. rano - na salę przydzielony zostaje grubo po 18... Nerwy, zmęczenie... Wstępne rozpoznanie - duży guz w obrębie jelita grubego. Dzisiaj przed południem konsultacje, pozostałe badania i decyzje, co dalej. Nie spałam pół nocy; odwołałam wyjazd do Słupska - wszystko musi poczekać... Może różnie między nami bywało, ale w takiej sytuacji stanę przy nim murem, jak staję zawsze przy każdym z przyjaciół. Kiedy zdrowie się wali, człowiek potrzebuje wsparcia nie tylko duchowego, ale przede wszystkim fizycznego, namacalnego; potrzebuje wokół siebie bliskich osób, dotyku życzliwej dłoni, przyjacielskiego poklepania po plecach. Czasami kogoś, kto zwyczajnie pomilczy, ale będzie obok, na wyciągnięcie ręki. Przeżywałam to na własnej skórze rok temu, dlatego od podszewki znam uczucie, jakie niesie ze sobą przyjacielskie wsparcie; znam też gorycz odrzucenia, niestety. 

***
Patchwork Cocoons - "White, Pink & Grey"
Technika - własna; obwód naszyjnika - ok. 110 cm.






wtorek, 20 maja 2014

Publiczne zobowiązanie

Ja, Małgorzata 'Shayneen', zobowiązuję się do podjęcia wszelkich kroków, by posiąść wiedzę, wymaganą na egzaminach, do których niebawem przystąpię :D

Myślę, że takie publiczne zobowiązanie, zmusi mnie w końcu do klapnięcia z książkami, zeszytami, skryptami i sumienne przygotowanie się do egzaminów, bo zwlekam, zwlekam i zwlekam... Faktem jest, że wszelkie prace kontrolne oddałam w terminie i wszystkie zostały bardzo wysoko ocenione; jeden egzamin ustny też zaliczony na ocenę bardzo dobrą, więc jest nadzieja, że z pozostałymi również pójdzie jako tako ;)
Trzymajcie za mnie kciuki ;)


Kołderka dla noworodka. Wymiary: 62 x 79 cm. Wzór: "Apple Core". Wewnątrz antyalergiczna ocieplina silikonowa; quilting maszynowy w szwach.








niedziela, 18 maja 2014

Baborówko

Jest takie miejsce, blisko, bliziuteńko Poznania, tuż pod Szamotułami, gdzie miłość do zwierząt, do wsi, do natury, do ratowania tego, co zniszczone, a historią pisane, stało się pasją rodzinną. Miejsce, gdzie każdy centymetr kwadratowy z kilkusethektarowej posiadłości zachwyca, zapiera dech w piersi... Baborówko... Kompleks pałacowy, znajdujący się w posiadaniu ludzi z pasją, a przy tym niebywale życzliwych, ciepłych, przyjacielskich. Ludzi pięknych, jak miejsce, które stworzyli. Popatrzcie na zdjęcia (może niezbyt doskonałe, bo moje własne :D), a kiedy będziecie w pobliżu, znajdźcie czas, by zobaczyć wszystko na własne oczy i posłuchać niezwykle pięknych i mądrych opowieści Pani Krysi - właścicielki posiadłości.