Dzisiaj bardzo wcześnie wyszłam na łąkę, żeby wypełnić "psi obowiązek"... i co? I natura kolejny raz powaliła mnie swoim pięknem. Mamy czas przekwitania mniszka, którego na naszej łące jest zatrzęsienie. Noc prawdopodobnie była bezwietrzna, więc łąka dosłownie biała, usłana aż po wszystkie krańce pięknymi kulami dmuchawców. Zaparło mi dech w piersiach, kiedy kilkukrotne, delikatne podmuchy wiatru zaczęły unosić w powietrzu biały puch. Wrażenie niezapomniane i aż żałuję, że nie wzięłam aparatu. Psy, które wpadły z dziką radością w wysoką trawę, wypadły z niej całe oblepione tym bielutkim cudeńkiem :))) Jeśli macie okazję uczestniczyć rano w takim widowisku, to polecam. Zapewniam, że w takim widoku można się zakochać, no chyba, że ktoś jest mało wrażliwy ;P
Totalnie zwariowany worek... Crazy patchwork to mało powiedziane :D
środa, 9 maja 2012
wtorek, 1 maja 2012
W co się bawi dwuletni facet...
Długi weekend to czas na nadrobienie zaległości towarzyskich. Razem z moją przyjaciółką Olką postanowiłyśmy się spotkać na poznańskim Starym Rynku. Nie widziałyśmy się dawno, jedyną naszą "platformą porozumienia" były ostatnio wyłącznie komunikatory. Weekendowo Ola uwolniona od swojego faceta, który wraz z synem uroczyście postanowił zainaugurować sezon wędkarski ;) Żeby nie było, że to typowo babskie spotkanie, towarzyszył nam Nataniel. Cóż, facet jak facet - bez względu na to, czy ma lat 80 czy 2, po jakimś czasie z kobitkami się nudzi ;))) Po dzióbnięciu kilka razy deseru, malec zaczął się rozglądać za rozrywkami godnymi mężczyzny. Padło na wszędobylskie gołębie. Próby nawiązania przyjaźni spaliły na panewce. Niestety, nasze gołębie zaprzyjaźniają się, owszem, ale wszystko odbywa się na zasadzie przekupstwa: jest żarcie - jest przyjaźń ;) Skoro to nie wypaliło, Natan postanowił pokazać swoją nad nimi władzę, próbując zapędzić je we wnękę między dwoma kawiarnianymi ogródkami, ale i tym razem gołębie nie chciały współpracować ;))) Zniechęcony niepowodzeniem postawił na doznania muzyczne, jakich dostarczali uliczni muzycy, przy okazji namacalnie próbując sprawdzić jakość instrumentów muzycznych i zlustrować ukradkiem, ileż to na tym można zarobić :D
Musiałyśmy mu przerwać, gdyż mocno przeklinające towarzystwo w sąsiednim ogródku i odgłosy nadciągającej burzy (skończyło się na odgłosach) zmusiły nas do przeniesienia się do wnętrza lokalu. Myślałyśmy, że teraz Natan się zanudzi, ale od czego kreatywność!!! Po zjedzeniu deseru malec nagle odkrył ukrytą dotychczas funkcję zwykłej łyżeczki deserowej! Wydając z siebie odgłos zbliżony do cik - cik, podokręcał wszystkie widoczne śrubki w moim krześle. Kiedy nie musiałam się już martwić o to, że spadnę (:D), przyszła kolej na krzesło Olki, następnie krzesło Natana i czwarte - puste, stojące przy naszym stoliku. Z rozpędu zabrał się za dokręcanie śrub przy okuciach drzwi wiodących do toalety i zaplecza dla personelu, obudów kaloryferów i drzwi wejściowych do lokalu. Wszystko to, oczywiście, przy dźwięku cik -cik przy każdej śrubce i ogólnym rozbawieniu wszystkich gości lokalu, jak też i samego personelu ;))) Może by na tym poprzestał, ale zachęcony przez chłopaka siedzącego z dziewczyną przy sąsiednim stoliku stwierdzeniem, że jego krzesło także wymaga naprawy, napadł z dziką radością także na te śrubki. Młody kelner podsunął mu z kolei pomysł, że zapewne stoły pod spodem także kryją spore ilości niepodokręcanych śrub, więc zaczęło się froterowanie podłogi kolanami i plecami, a konkretnie spodniami i koszulką, a że goście okazali się weseli i wyrozumiali, Natan zaliczył wszystkie stoliki. Za dobrze wykonaną pracę został nagrodzony gratisowym ciachem od właściciela lokalu ;))) W sumie pomyślałyśmy z Olą, że my zasłużyłyśmy na darmową kawę za to, że przyprowadziłyśmy tak solidnego fachowca. Doszłyśmy też do wniosku, że w przyszłości nikt z naszego licznego towarzystwa nie będzie musiał martwić się o stan swoich mebli, ponieważ rośnie nam wybitnie uzdolniony stolarz ;)
Po wyjściu z lokalu centrum zainteresowania stała się kobitka rozdająca balony. Niestety, balon Nataniela przeżył w jego ręku trasę może 60 metrów i poniósł śmierć na miejscu, obijając się o samochód stojący przed Wagą Miejską. Maluch zagapił się na coś i trach! Po balonie... Burza przeszła bokiem, więc poniosło nas na "moją" ławeczkę przed klasztorem Franciszkanów na Wzgórzu Przemysława. Oczywiście nie podejrzewałam, że Natan długo wysiedzi z nami na ławeczce. Już po kilku minutach atrakcją dla malca stał się murek okalający skwerek naprzeciwko ławki. Nataniel jest drobniutki, więc taki murek to dla niego nie lada wyzwanie. Pociesznie to wygląda, kiedy dzieciak kładzie się najpierw na brzuchu na tymże murku, następnie bokiem podciąga nogi, klęka na kolana, potem podpiera się rączkami, żeby zaliczyć pion. Po osiągnięciu celu za każdym razem otrzepuje rączki z piachu po to tylko, by... zeskoczyć na dół ;) I od nowa... Nasz maluch po każdym wdrapaniu się na murek wyciąga rączki wysoko w górę i woła:
- Oja (to do Oli :D)! Pac! Natan duzy? Tak?
- Cianin (to do mnie :D)! Pac! Natan duzy?
A my odpowiadamy zupełnie poważnie:
- No, duży, duży... Bardzo duży... Tylko uważaj, bo spadniesz i będzie kłopot!
- Nieee - odpowiada malec i po którymś razie... bęc! Leży, jak długi.
Na szczęście nic się nie stało, a Nataniel zmierzając w kierunku ławki powtarza, mrucząc pod nosem:
- Nie bojiło, nie bojiło...
Sam fakt, że wcisnął się na ławkę między mnie a Olę, a także lekkie przerażenie w wilgotnych oczkach i zaciśnięte usteczka wskazują, że jednak "bojiło" ;)))
Chwila przerwy od szaleństw. Wtula się to we mnie, to w Olkę, następnie wciska paluszkiem skarpetki w sandałki... Operację przy skarpetkach przerywa zainteresowanie tym, co dzieje się przy sąsiedniej ławce. Dziewczyna z chłopakiem karmią gołębie, a te zlatują się w coraz większej ilości. Natan podchodzi i patrzy zafascynowany.
- Chcesz też pokarmić? - pyta Nataniela dziewczyna.
Kiedy malec nieśmiało potakuje główką, podaje mu kawałek bagietki... Jaka radość!!! Mały aż kwiczy ze szczęścia, kiedy gołębie kręcą mu się pod nogami i jedzą wyskubane przez niego okruszki. Cóż, bagietka jednak kiedyś się kończy, a gołębie odlatują, więc centrum zainteresowania ponownie staje się murek i skwerek, a pamięć malca o tym, że "bojiło" okazuje się krótka ;P
Tym razem po wdrapaniu się na murek ciekawość budzi wąska ścieżynka, która prowadzi w krzaki.
- Do cemu to jest? - pyta Nataniel.
Nadmieniam, że określenie "do cemu" jest uniwersalne i oznacza w zależności od potrzeb: dlaczego, do czego, dla kogo, po co, dokąd... i jeszcze kilka ;)))
- Jakaś dróżka, ale nie wchodź tam, bo się podrapiesz w tych krzakach.
Mały jednak nie daje za wygraną i po chwili woła z krzaków:
- Oć! Pac! Co to?!
Idziemy z Olą zlustrować odkrycie. Faktycznie, rzecz niecodzienna, ponieważ na ziemi, między krzakami, widać kilka krecich kopczyków. Miały szczęście, że w tak zabetonowanej okolicy wyszły na powierzchnię, a nie walnęły łebkami w beton :/
- To kopczyki wykopane przez krecika, Natanielku.
- Kjeciku? Tak? Do cemu posed kjecik?
- To jest taki jego domek. Krecik mieszka pod ziemią i czasami wychodzi na powierzchnię.
Patrzymy, co mały robi, a on klęka nad kopczykiem, puka w niego paluszkiem, woła: puk! puk!.. a następnie, ku naszemu zaskoczeniu prawie kładzie się z uchem na tymże kopczyku i ze smutkiem stwierdza:
- Nie mówi... Nić nie mówi...
Tłumaczymy mu, że krety z reguły wychodzą w nocy, a w dzień śpią. Z trudem jednak udaje nam się malca wyciągnąć z krzaków... Ponownie chwila spokoju na ławce... ale tylko chwila ;) Natan zauważa przemykające między kostkami brukowymi mrówki.
- Pac, jobacki!
- No, mrówki.
- Do cemu idom?
- Do swoich domków. Gdzieś w piasku mają swoje domki. Popatrz uważnie, może zauważysz takie małe dziurki, do których wchodzą.
Malec chodzi dookoła i rozgląda się z uwagą, ale nic nie zauważa.
- Nie ma domku - mówi ze smutkiem.
- Wiesz, może na skwerku, za murkiem mają swoje domki - podpowiada Ola.
Chwilkę się zagadałyśmy i po chwili widzimy, jak Natan na kawałeczek jakiejś znalezionej folii zgarnia patyczkiem mrówkę po mrówce i wynosi na skwerek.
- Natanielku, co ty robisz? Nie wolno męczyć robaczków!
- Nieee!!! Ja tyjko nose jobacku do domku!
- Ale dlaczego nosisz? One same umieją chodzić.
- Nieee! Ja nose zeby jobacku nóski nie bojiły!
Ups! I jak tu wytłumaczyć takiemu malcowi, że prawdopodobnie zanim ta mrówka ponownie znajdzie drogę do domu, to dopiero będą ją nóżki "bojiły"! :))) W każdym razie na kilku mrówkach się skończyło, na szczęście ;)
Tak oto wygląda intensywnie zabawowe popołudnie małego mężczyzny... Ja zadaję sobie pytanie - skąd u tego malca tyle energii???!!! :D... W sumie popołudnie bardzo udane. Doszłam do wniosku, że ja, człowiek - wilk, którego na okrągło ciągnie do lasu i na wieś, lubię ten nasz Stary Rynek od późnej wiosny do wczesnej jesieni, kiedy tętni na nim życie. Tylko w tym miejscu i tylko w tym czasie nie przeszkadzają mi tłumy ludzi i gwar...
Musiałyśmy mu przerwać, gdyż mocno przeklinające towarzystwo w sąsiednim ogródku i odgłosy nadciągającej burzy (skończyło się na odgłosach) zmusiły nas do przeniesienia się do wnętrza lokalu. Myślałyśmy, że teraz Natan się zanudzi, ale od czego kreatywność!!! Po zjedzeniu deseru malec nagle odkrył ukrytą dotychczas funkcję zwykłej łyżeczki deserowej! Wydając z siebie odgłos zbliżony do cik - cik, podokręcał wszystkie widoczne śrubki w moim krześle. Kiedy nie musiałam się już martwić o to, że spadnę (:D), przyszła kolej na krzesło Olki, następnie krzesło Natana i czwarte - puste, stojące przy naszym stoliku. Z rozpędu zabrał się za dokręcanie śrub przy okuciach drzwi wiodących do toalety i zaplecza dla personelu, obudów kaloryferów i drzwi wejściowych do lokalu. Wszystko to, oczywiście, przy dźwięku cik -cik przy każdej śrubce i ogólnym rozbawieniu wszystkich gości lokalu, jak też i samego personelu ;))) Może by na tym poprzestał, ale zachęcony przez chłopaka siedzącego z dziewczyną przy sąsiednim stoliku stwierdzeniem, że jego krzesło także wymaga naprawy, napadł z dziką radością także na te śrubki. Młody kelner podsunął mu z kolei pomysł, że zapewne stoły pod spodem także kryją spore ilości niepodokręcanych śrub, więc zaczęło się froterowanie podłogi kolanami i plecami, a konkretnie spodniami i koszulką, a że goście okazali się weseli i wyrozumiali, Natan zaliczył wszystkie stoliki. Za dobrze wykonaną pracę został nagrodzony gratisowym ciachem od właściciela lokalu ;))) W sumie pomyślałyśmy z Olą, że my zasłużyłyśmy na darmową kawę za to, że przyprowadziłyśmy tak solidnego fachowca. Doszłyśmy też do wniosku, że w przyszłości nikt z naszego licznego towarzystwa nie będzie musiał martwić się o stan swoich mebli, ponieważ rośnie nam wybitnie uzdolniony stolarz ;)
Po wyjściu z lokalu centrum zainteresowania stała się kobitka rozdająca balony. Niestety, balon Nataniela przeżył w jego ręku trasę może 60 metrów i poniósł śmierć na miejscu, obijając się o samochód stojący przed Wagą Miejską. Maluch zagapił się na coś i trach! Po balonie... Burza przeszła bokiem, więc poniosło nas na "moją" ławeczkę przed klasztorem Franciszkanów na Wzgórzu Przemysława. Oczywiście nie podejrzewałam, że Natan długo wysiedzi z nami na ławeczce. Już po kilku minutach atrakcją dla malca stał się murek okalający skwerek naprzeciwko ławki. Nataniel jest drobniutki, więc taki murek to dla niego nie lada wyzwanie. Pociesznie to wygląda, kiedy dzieciak kładzie się najpierw na brzuchu na tymże murku, następnie bokiem podciąga nogi, klęka na kolana, potem podpiera się rączkami, żeby zaliczyć pion. Po osiągnięciu celu za każdym razem otrzepuje rączki z piachu po to tylko, by... zeskoczyć na dół ;) I od nowa... Nasz maluch po każdym wdrapaniu się na murek wyciąga rączki wysoko w górę i woła:
- Oja (to do Oli :D)! Pac! Natan duzy? Tak?
- Cianin (to do mnie :D)! Pac! Natan duzy?
A my odpowiadamy zupełnie poważnie:
- No, duży, duży... Bardzo duży... Tylko uważaj, bo spadniesz i będzie kłopot!
- Nieee - odpowiada malec i po którymś razie... bęc! Leży, jak długi.
Na szczęście nic się nie stało, a Nataniel zmierzając w kierunku ławki powtarza, mrucząc pod nosem:
- Nie bojiło, nie bojiło...
Sam fakt, że wcisnął się na ławkę między mnie a Olę, a także lekkie przerażenie w wilgotnych oczkach i zaciśnięte usteczka wskazują, że jednak "bojiło" ;)))
Chwila przerwy od szaleństw. Wtula się to we mnie, to w Olkę, następnie wciska paluszkiem skarpetki w sandałki... Operację przy skarpetkach przerywa zainteresowanie tym, co dzieje się przy sąsiedniej ławce. Dziewczyna z chłopakiem karmią gołębie, a te zlatują się w coraz większej ilości. Natan podchodzi i patrzy zafascynowany.
- Chcesz też pokarmić? - pyta Nataniela dziewczyna.
Kiedy malec nieśmiało potakuje główką, podaje mu kawałek bagietki... Jaka radość!!! Mały aż kwiczy ze szczęścia, kiedy gołębie kręcą mu się pod nogami i jedzą wyskubane przez niego okruszki. Cóż, bagietka jednak kiedyś się kończy, a gołębie odlatują, więc centrum zainteresowania ponownie staje się murek i skwerek, a pamięć malca o tym, że "bojiło" okazuje się krótka ;P
Tym razem po wdrapaniu się na murek ciekawość budzi wąska ścieżynka, która prowadzi w krzaki.
- Do cemu to jest? - pyta Nataniel.
Nadmieniam, że określenie "do cemu" jest uniwersalne i oznacza w zależności od potrzeb: dlaczego, do czego, dla kogo, po co, dokąd... i jeszcze kilka ;)))
- Jakaś dróżka, ale nie wchodź tam, bo się podrapiesz w tych krzakach.
Mały jednak nie daje za wygraną i po chwili woła z krzaków:
- Oć! Pac! Co to?!
Idziemy z Olą zlustrować odkrycie. Faktycznie, rzecz niecodzienna, ponieważ na ziemi, między krzakami, widać kilka krecich kopczyków. Miały szczęście, że w tak zabetonowanej okolicy wyszły na powierzchnię, a nie walnęły łebkami w beton :/
- To kopczyki wykopane przez krecika, Natanielku.
- Kjeciku? Tak? Do cemu posed kjecik?
- To jest taki jego domek. Krecik mieszka pod ziemią i czasami wychodzi na powierzchnię.
Patrzymy, co mały robi, a on klęka nad kopczykiem, puka w niego paluszkiem, woła: puk! puk!.. a następnie, ku naszemu zaskoczeniu prawie kładzie się z uchem na tymże kopczyku i ze smutkiem stwierdza:
- Nie mówi... Nić nie mówi...
Tłumaczymy mu, że krety z reguły wychodzą w nocy, a w dzień śpią. Z trudem jednak udaje nam się malca wyciągnąć z krzaków... Ponownie chwila spokoju na ławce... ale tylko chwila ;) Natan zauważa przemykające między kostkami brukowymi mrówki.
- Pac, jobacki!
- No, mrówki.
- Do cemu idom?
- Do swoich domków. Gdzieś w piasku mają swoje domki. Popatrz uważnie, może zauważysz takie małe dziurki, do których wchodzą.
Malec chodzi dookoła i rozgląda się z uwagą, ale nic nie zauważa.
- Nie ma domku - mówi ze smutkiem.
- Wiesz, może na skwerku, za murkiem mają swoje domki - podpowiada Ola.
Chwilkę się zagadałyśmy i po chwili widzimy, jak Natan na kawałeczek jakiejś znalezionej folii zgarnia patyczkiem mrówkę po mrówce i wynosi na skwerek.
- Natanielku, co ty robisz? Nie wolno męczyć robaczków!
- Nieee!!! Ja tyjko nose jobacku do domku!
- Ale dlaczego nosisz? One same umieją chodzić.
- Nieee! Ja nose zeby jobacku nóski nie bojiły!
Ups! I jak tu wytłumaczyć takiemu malcowi, że prawdopodobnie zanim ta mrówka ponownie znajdzie drogę do domu, to dopiero będą ją nóżki "bojiły"! :))) W każdym razie na kilku mrówkach się skończyło, na szczęście ;)
Tak oto wygląda intensywnie zabawowe popołudnie małego mężczyzny... Ja zadaję sobie pytanie - skąd u tego malca tyle energii???!!! :D... W sumie popołudnie bardzo udane. Doszłam do wniosku, że ja, człowiek - wilk, którego na okrągło ciągnie do lasu i na wieś, lubię ten nasz Stary Rynek od późnej wiosny do wczesnej jesieni, kiedy tętni na nim życie. Tylko w tym miejscu i tylko w tym czasie nie przeszkadzają mi tłumy ludzi i gwar...
![]() |
| Konie... Nie ma jak w parze ;))) |
![]() |
| Pierwsze muzyczne fascynacje ;))) |
![]() |
| Troszkę polskiego folkloru... |
![]() |
| ... i troszkę folkloru obcego ;) |
czwartek, 12 kwietnia 2012
...
Pachnie deszczem. Wiosennym... Jeszcze nie pada, ale mój nos, wyczulony na zapachy niczym nos dzikiego zwierzęcia, został w momencie otwarcia drzwi wejściowych zbombardowany powietrzem, przesyconym zapowiedzią tego, co nastąpi. Będzie lało... Póki co, delektuję się tym, co przez okno dociera do moich nozdrzy. Mieszanka wilgoci, która za chwilę się "skropli", zapachu wilgotnej, niedawno przekopanej ziemi, młodych liści drzew i krzewów, trawy, pierwszych kwiatów na drzewach owocowych, zwierząt i dziesiątek innych zapachów, z których jedynie część potrafię zdefiniować... Uwielbiam to, więc delektuję się "aromatem" natury i już wiem, że ten dzień będzie udany. Mimo nieuchronnie nadciągającego deszczu...
"Karkówka" dla wielbicielki moich "karkówek" - Pani Joasi z Warszawy. Właściwie prezent dla Jej przyjaciółki, Ewy. Tym razem brązowo - beżowa.
"Karkówka" dla wielbicielki moich "karkówek" - Pani Joasi z Warszawy. Właściwie prezent dla Jej przyjaciółki, Ewy. Tym razem brązowo - beżowa.
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
...
Wojciech Cejrowski w wywiadzie dla "Skarbu":
(...) Indianie są bardzo honorowi i nie przychodzi im do głowy, że można być niehonorowym. A zatem z naszego punktu widzenia są łatwowierni, choć lepiej byłoby powiedzieć, że są ufni jak dzieci. Dzieci nieskażone grzechem kłamstwa, niewierności, podstępu.
Taaak, a biały człowiek zawsze musiał tę ufność zbudowaną na honorze wykorzystać do własnych celów. Tak było, jest... i oby na tym się skończyło, chociaż wątpię... Bo ileż to znaczy dla białego człowieka, powiedzieć Indianinowi / Indiance z rozbrajającą szczerością: "byłeś naiwny / byłaś naiwna". Ot, zwykłe pstryk, zmywające winę z przedstawiciela białej rasy...
(...) Indianie są bardzo honorowi i nie przychodzi im do głowy, że można być niehonorowym. A zatem z naszego punktu widzenia są łatwowierni, choć lepiej byłoby powiedzieć, że są ufni jak dzieci. Dzieci nieskażone grzechem kłamstwa, niewierności, podstępu.
Taaak, a biały człowiek zawsze musiał tę ufność zbudowaną na honorze wykorzystać do własnych celów. Tak było, jest... i oby na tym się skończyło, chociaż wątpię... Bo ileż to znaczy dla białego człowieka, powiedzieć Indianinowi / Indiance z rozbrajającą szczerością: "byłeś naiwny / byłaś naiwna". Ot, zwykłe pstryk, zmywające winę z przedstawiciela białej rasy...
![]() |
| Pledzik niemowlęcy. Wymiary: 93 x 123 cm. |
sobota, 7 kwietnia 2012
Koszyk dla Zajączka ;)
Bartek, syn mojej koleżanki Oli, mówi do Natana, podczas wspólnej zabawy klockami:
- Co, młody, uszykowałeś już koszyk?
- Do cemu? - pyta Nataniel.
- No, dla zająca. W Święta zając biegnie i do każdego koszyka, który stoi przy drzwiach wejściowych do domu, wrzuca prezenty.
Malec musiał sporo nad tym główkować i w końcu coś wykombinował. Wszyscy, zajęci swoimi sprawami, dopiero po jakimś czasie zauważyli, że pod drzwiami wejściowymi stoją w równym szeregu, znalezione przez niego kosze i koszyczki, począwszy od koszyków na zabawki, kredki, skończywszy na wiklinowym koszyczku do chleba. Natan został powstrzymany na etapie opróżniania... kosza na brudną bieliznę w łazience :)))
Życzę wszystkim Pogodnych i Radosnych Świąt :)))
- Co, młody, uszykowałeś już koszyk?
- Do cemu? - pyta Nataniel.
- No, dla zająca. W Święta zając biegnie i do każdego koszyka, który stoi przy drzwiach wejściowych do domu, wrzuca prezenty.
Malec musiał sporo nad tym główkować i w końcu coś wykombinował. Wszyscy, zajęci swoimi sprawami, dopiero po jakimś czasie zauważyli, że pod drzwiami wejściowymi stoją w równym szeregu, znalezione przez niego kosze i koszyczki, począwszy od koszyków na zabawki, kredki, skończywszy na wiklinowym koszyczku do chleba. Natan został powstrzymany na etapie opróżniania... kosza na brudną bieliznę w łazience :)))
Życzę wszystkim Pogodnych i Radosnych Świąt :)))
środa, 4 kwietnia 2012
Warsztaty patchworku!!!
Od dłuższego czasu (szczególnie po imprezie patchworkowej w Starym Browarze) to gdzieś w necie, to w mailach, to w rozmowach telefonicznych, spotykałam się z pytaniami, czy nie zamierzam zorganizować warsztatów patchworku. Ubiegły rok był dla mnie bardzo trudny ze względów osobistych i jakoś nie po drodze mi było z organizacją tego typu szkoleń, jednakże w ubiegłym tygodniu obiecałam to Pani Helenie P., której bardzo miły i budujący mail przeleżał się wiele tygodni w mojej skrzynce w zakładce "spam", więc tym bardziej jestem Jej to winna :)))
W związku z powyższym planuję zorganizowanie warsztatów patchworkowych pod hasłem: "Patchwork od podstaw", czyli trochę teorii i baaaardzo dużo praktyki... Coś w sam raz dla początkujących ;)
1. Teoria.
Historia patchworku, jego rozwój na przestrzeni lat i ekspansja geograficzna.
Techniki patchworku przyporządkowane kulturom, w których powstały.
Zastosowanie form patchworkowych w codziennym życiu.
Różnice między quiltem a patchworkiem.
Narzędzia pomocne przy tworzeniu patchworków.
Tkaniny stosowane przy szyciu patchworków – ich wstępne przygotowanie (dobór, dekatyzacja).
Przedstawienie klasycznych wzorów patchworkowych, podział na segmenty, system mierzenia elementów w segmentach, łączenie segmentów w całość płaszczyzny.
Istota naddatków na szwy i konieczności zachowania kierunków nitki prostej w formach kwadratowych, trójkątnych i krojonych po łukach. Konieczność wyznaczania punktów stycznych.
2. Praktyka.
Projektowanie i szycie patchworku.
Tworzenie segmentów, rysowanie i wycinanie szablonów, przenoszenie form na tkaniny, krojenie.
Przedstawienie trików ułatwiających i przyspieszających wycinanie elementów (np. wycinanie trójkątów techniką kwadratów łączonych itp.).
Technika zszywania elementów.
Techniki zaprasowywania szwów z zachowaniem kierunków.
Aplikacja jako forma patchworku (rodzaje aplikacji, techniki wycinania i przyszywania do płaszczyzny patchworku).
Zastosowanie w patchworku wypełnień i włóknin ocieplających.
(rodzaje włóknin, numeracja, sposób dobierania wypełnień do poszczególnych form patchworkowych).
Techniki łączenia wypełnienia z warstwą wierzchnią i spodnią patchworku.
Pikowanie czyli quilting (techniki pikowania i ich dobór w zależności od formy patchworku; unikatowe i rzadkie formy pikowania, np. pikowanie z zastosowaniem guzików, pikowanie techniką węzełkową).
Wykończanie patchworku lamówką.
Jeśli starczy czasu (:D) - przedstawienie trudniejszych form patchworku, np. ‘crazy patchwork’, ‘apple core’, art quilt, chenille. No, i jeszcze może uda mi się pokazać, jak korzystać z tego darmowego programu do projektowania patchworków, co do którego gdzieś na forum nasuwały się pytania i wątpliwości.
Dużo tego, ale damy radę, ponieważ planuję zrobić to w trybie weekendowym, sobota - niedziela, po 7 godzin dziennie, czyli w sumie 14 godzin warsztatów (z godzinną przerwą na lunch każdego dnia).
Długo szukałam sali, ponieważ koszty wynajęcia z reguły są kosmiczne, ale w końcu znalazłam coś sensownego. Warsztaty mogłyby się odbyć w samym centrum Poznania, blisko Dworca Głównego.
Koszt warsztatów - 350,00 PLN od uczestnika. W koszt wliczone jest 14 godzin nauki, wszelkie materiały (tkaniny, ociepliny, nici, narzędzia: maty, noże krążkowe, nożyczki, szpilki, linijki do patchworku... itd.), lunch (dwudaniowy posiłek każdego dnia w formie cateringu), napoje. Jedyne, co uczestnik musi sobie zapewnić, to dojazd, nocleg, no i zabrać ze sobą własną maszynę do szycia (aczkolwiek, w kryzysowej sytuacji, mogę 2. maszynami poratować :D, kwestia dogadania :D). Godziny do uzgodnienia: 9 - 17 lub 10 - 18... Termin też do uzgodnienia, ponieważ zależy od ilości zgłoszeń. Warsztaty ruszą przy minimalnej liczbie uczestników 5, maksymalnej - 7. Możemy myśleć o następujących terminach: 28 - 29.04. lub 05 - 06. 05., albo ewentualnie 12 - 13.05.
Każdemu uczestnikowi po zakończonych warsztatach wystawiam rachunek, więc jeśli ktoś ma "pokrewną" DG, może to sobie wrzucić w koszty ;)
Uff, to takie moje plany, resztę jeszcze można dograć. Chętni mogą się zgłaszać drogą mailową, na GG lub zostawiać jakiś namiar w komentarzu.
W związku z powyższym planuję zorganizowanie warsztatów patchworkowych pod hasłem: "Patchwork od podstaw", czyli trochę teorii i baaaardzo dużo praktyki... Coś w sam raz dla początkujących ;)
1. Teoria.
Historia patchworku, jego rozwój na przestrzeni lat i ekspansja geograficzna.
Techniki patchworku przyporządkowane kulturom, w których powstały.
Zastosowanie form patchworkowych w codziennym życiu.
Różnice między quiltem a patchworkiem.
Narzędzia pomocne przy tworzeniu patchworków.
Tkaniny stosowane przy szyciu patchworków – ich wstępne przygotowanie (dobór, dekatyzacja).
Przedstawienie klasycznych wzorów patchworkowych, podział na segmenty, system mierzenia elementów w segmentach, łączenie segmentów w całość płaszczyzny.
Istota naddatków na szwy i konieczności zachowania kierunków nitki prostej w formach kwadratowych, trójkątnych i krojonych po łukach. Konieczność wyznaczania punktów stycznych.
2. Praktyka.
Projektowanie i szycie patchworku.
Tworzenie segmentów, rysowanie i wycinanie szablonów, przenoszenie form na tkaniny, krojenie.
Przedstawienie trików ułatwiających i przyspieszających wycinanie elementów (np. wycinanie trójkątów techniką kwadratów łączonych itp.).
Technika zszywania elementów.
Techniki zaprasowywania szwów z zachowaniem kierunków.
Aplikacja jako forma patchworku (rodzaje aplikacji, techniki wycinania i przyszywania do płaszczyzny patchworku).
Zastosowanie w patchworku wypełnień i włóknin ocieplających.
(rodzaje włóknin, numeracja, sposób dobierania wypełnień do poszczególnych form patchworkowych).
Techniki łączenia wypełnienia z warstwą wierzchnią i spodnią patchworku.
Pikowanie czyli quilting (techniki pikowania i ich dobór w zależności od formy patchworku; unikatowe i rzadkie formy pikowania, np. pikowanie z zastosowaniem guzików, pikowanie techniką węzełkową).
Wykończanie patchworku lamówką.
Jeśli starczy czasu (:D) - przedstawienie trudniejszych form patchworku, np. ‘crazy patchwork’, ‘apple core’, art quilt, chenille. No, i jeszcze może uda mi się pokazać, jak korzystać z tego darmowego programu do projektowania patchworków, co do którego gdzieś na forum nasuwały się pytania i wątpliwości.
Dużo tego, ale damy radę, ponieważ planuję zrobić to w trybie weekendowym, sobota - niedziela, po 7 godzin dziennie, czyli w sumie 14 godzin warsztatów (z godzinną przerwą na lunch każdego dnia).
Długo szukałam sali, ponieważ koszty wynajęcia z reguły są kosmiczne, ale w końcu znalazłam coś sensownego. Warsztaty mogłyby się odbyć w samym centrum Poznania, blisko Dworca Głównego.
Koszt warsztatów - 350,00 PLN od uczestnika. W koszt wliczone jest 14 godzin nauki, wszelkie materiały (tkaniny, ociepliny, nici, narzędzia: maty, noże krążkowe, nożyczki, szpilki, linijki do patchworku... itd.), lunch (dwudaniowy posiłek każdego dnia w formie cateringu), napoje. Jedyne, co uczestnik musi sobie zapewnić, to dojazd, nocleg, no i zabrać ze sobą własną maszynę do szycia (aczkolwiek, w kryzysowej sytuacji, mogę 2. maszynami poratować :D, kwestia dogadania :D). Godziny do uzgodnienia: 9 - 17 lub 10 - 18... Termin też do uzgodnienia, ponieważ zależy od ilości zgłoszeń. Warsztaty ruszą przy minimalnej liczbie uczestników 5, maksymalnej - 7. Możemy myśleć o następujących terminach: 28 - 29.04. lub 05 - 06. 05., albo ewentualnie 12 - 13.05.
Każdemu uczestnikowi po zakończonych warsztatach wystawiam rachunek, więc jeśli ktoś ma "pokrewną" DG, może to sobie wrzucić w koszty ;)
Uff, to takie moje plany, resztę jeszcze można dograć. Chętni mogą się zgłaszać drogą mailową, na GG lub zostawiać jakiś namiar w komentarzu.
![]() |
| Hippie Bag |
sobota, 31 marca 2012
poniedziałek, 26 marca 2012
...
Fragment z powieści "Jak z obrazka" Jodi Picoult:
(...)
Babka uczyła go, że zbiegi okoliczności nie istnieją. "Na świecie są miliony ludzi i duchy dopilnują, żebyś większości z nich nigdy nie musiał spotykać. Ale z kilkoma osobami jesteś związany i duchy będą krzyżować wasze drogi, tak je plącząc, aż wreszcie się połączą". Tak mówiła.
Moja mówiła dokładnie to samo :) Może trochę inaczej ubierała to w słowa, ale sens wypowiedzi i nauka z niej płynąca były takie same...
(...)
Babka uczyła go, że zbiegi okoliczności nie istnieją. "Na świecie są miliony ludzi i duchy dopilnują, żebyś większości z nich nigdy nie musiał spotykać. Ale z kilkoma osobami jesteś związany i duchy będą krzyżować wasze drogi, tak je plącząc, aż wreszcie się połączą". Tak mówiła.
Moja mówiła dokładnie to samo :) Może trochę inaczej ubierała to w słowa, ale sens wypowiedzi i nauka z niej płynąca były takie same...
![]() |
| Hippie Pillow... Crazy, crazy, crazy patchwork ;))) |
sobota, 24 marca 2012
...
Zając z wczorajszej "produkcji" ;)))
W ogóle, jakoś mnie tak ostatnio na zające i króliki wszelkiej maści naszło. Może dlatego, że nieubłaganie zbliża się czas zajączkowych prezentów i mnie te zające niejako mobilizują do wytężonej pracy, coby na wspomniane prezenty zarobić ;) Mnie może Zając pominąć, bo za stara jestem (nie wiem też, czy zasłużyłam), ale o moich córciach musi pamiętać obowiązkowo. No, i oczywiście o Natanie, na którego już zakończyliśmy "przyjacielską" zrzutkę. Do niego Zając przyjedzie na trzykołowym rowerku, z nowymi "imbałkami" w koszyku, bo te, które dostał na Boże Narodzenie, nie dożyły do dnia dzisiajszego. Najpierw padły pałeczki, następnie odpadały kolejno płytki - zachowała się tylko "re" i "sol" ;)))
W ogóle, jakoś mnie tak ostatnio na zające i króliki wszelkiej maści naszło. Może dlatego, że nieubłaganie zbliża się czas zajączkowych prezentów i mnie te zające niejako mobilizują do wytężonej pracy, coby na wspomniane prezenty zarobić ;) Mnie może Zając pominąć, bo za stara jestem (nie wiem też, czy zasłużyłam), ale o moich córciach musi pamiętać obowiązkowo. No, i oczywiście o Natanie, na którego już zakończyliśmy "przyjacielską" zrzutkę. Do niego Zając przyjedzie na trzykołowym rowerku, z nowymi "imbałkami" w koszyku, bo te, które dostał na Boże Narodzenie, nie dożyły do dnia dzisiajszego. Najpierw padły pałeczki, następnie odpadały kolejno płytki - zachowała się tylko "re" i "sol" ;)))
poniedziałek, 19 marca 2012
Wśród ptaków wielkie poruszenie...
Wiosna... Dzisiaj wczesnym rankiem wybrałam się z psem na spacer. Ogromna łąka, dookoła pustka - tylko ja i pies. Nagle, tuż za mną, narastający z każdą sekundą, najpierw szelest, później szum, przeistaczający się w świdrujący powietrze świst. Nad moją głową, niziutko, przeleciały dwa łabędzie. Wyobrażacie sobie??? Miały tyle miejsca wokół, a przeleciały dokładnie, centrycznie nad moją głową! Jakby zrobiły to specjalnie :) Niesamowite wrażenie... Od razu przypomniała mi się ubiegłoroczna, sierpniowa historia, która bawi nas w domu do dzisiaj :)
Kiedy w sierpniu wylądowałyśmy na ranczu mojej przyjaciółki, już pierwszego dnia Wieśka mówi:
- Jak jutro rano będziecie wracać z lasu, zerknijcie na dach tej starej, drewnianej stodoły tuż przy drodze. Codziennie rano, przez 2 - 3 godziny, siedzi tam para łabędzi.
- Łabędzi??? - zapytałam zdziwiona, bo łabędzie w moim życiu widziałam, owszem - pływające, brodzące, chodzące, latające... ale siedzące na dachu stodoły??? Pomyślałam, że to jakiś wybryk natury :)
- No, dokładnie. Siedzą codziennie, bez względu na pogodę...
Następnego dnia wybraliśmy się wczesnym rankiem do lasu, z nadzieją na "bliskie spotkania" z jeleniami na pewnej tajemniczej, leśnej polanie. Niestety - pudło... Wracamy, patrzymy na dach stodoły - siedzą!!! Siedzą, tylko nie łabędzie, a... bociany!!! :))) Dokładnie, para bocianów :))) Wpadam do domu i mówię do Wieśki:
- Ty, te twoje łabędzie okazały się być bocianami.
- Oj tam, jaka to różnica, łabędzie czy bociany... Ale siedzą codziennie.
Faktycznie, codziennie rano, prawdopodobnie po obfitym śniadanku, para bocianów przylatywała na dach starej stodoły, by przez 2 - 3 godzinki na nim posiedzieć. Nikt z nas nie namierzył ich gniazda. Później Dalia wyczaiła, że z maleńkiego okienka w łazience widać dokładnie część dachu z bocianami. Złapałam się nawet na tym, że kiedy jesienią odleciały, zerkałam ukradkiem przez okienko na dach ;)...
Sroki, zamieszkujące jeszcze dwa tygodnie temu gniazdo na jarzębinie naprzeciwko kuchennego okna, nagle wyprowadziły się. Co ciekawe, do ubiegłorocznego "pustostanu" na topoli po drugiej stronie domu, wprowadziła się para srok :D Może to te same? Może doszły do wniosku, że to, co wybudowały w ubiegłym roku nie nadaje się do dalszego zamieszkania i postanowiły wyremontować sobie jakąś starą, opuszczoną "chałupę"? ;))) W każdym razie dzielnie i z mozołem znoszą różne cuda do swojego nowego gniazdka...
Z kolei na "łysy" krzew kaliny zaczęły przylatywać... hmm... gołębie??? Osobników jest 5, na pierwszy rzut oka wyglądają jak gołębie, ale są sporo większe, mają charakterystyczne białe plamy na wysokości karku, zwężające się ku przodowi i jaskrawe, żółte dzioby, lekko zakrzywione ku dołowi (nie takie proste, jak u typowych, miejskich "dachowców"). Chodzą też nieco inaczej, lekko kołysząc się na boki... Już jesienią przylatywały na tę kalinę codziennie regularnie - rano, jak tylko robiło się jasno i po południu, tuż przed zachodem słońca. Tak przez całą jesień i część zimy, aż dokładnie obskubały krzew do ostatniej kuleczki ;) W ubiegłym tygodniu pojawiły się ponownie, chociaż jeszcze nie mają co skubać ;)))
W sumie stwierdziłam, że kompletnie nie znam się na ptakach :/ Ja - "animals"!!! Wstyd! Pieski - owszem, koty - także, o bobrach wiem więcej niż wszystko, tyleż samo o wilkach, o innej dzikiej zwierzynie może ciut mniej, ale moja znajomość ptaków ogranicza się tylko do "ptactwa pospolitego", i to niezbyt zagłębiając się w ich zwyczaje... Czas nadrobić zaległości ;P
Kiedy w sierpniu wylądowałyśmy na ranczu mojej przyjaciółki, już pierwszego dnia Wieśka mówi:
- Jak jutro rano będziecie wracać z lasu, zerknijcie na dach tej starej, drewnianej stodoły tuż przy drodze. Codziennie rano, przez 2 - 3 godziny, siedzi tam para łabędzi.
- Łabędzi??? - zapytałam zdziwiona, bo łabędzie w moim życiu widziałam, owszem - pływające, brodzące, chodzące, latające... ale siedzące na dachu stodoły??? Pomyślałam, że to jakiś wybryk natury :)
- No, dokładnie. Siedzą codziennie, bez względu na pogodę...
Następnego dnia wybraliśmy się wczesnym rankiem do lasu, z nadzieją na "bliskie spotkania" z jeleniami na pewnej tajemniczej, leśnej polanie. Niestety - pudło... Wracamy, patrzymy na dach stodoły - siedzą!!! Siedzą, tylko nie łabędzie, a... bociany!!! :))) Dokładnie, para bocianów :))) Wpadam do domu i mówię do Wieśki:
- Ty, te twoje łabędzie okazały się być bocianami.
- Oj tam, jaka to różnica, łabędzie czy bociany... Ale siedzą codziennie.
Faktycznie, codziennie rano, prawdopodobnie po obfitym śniadanku, para bocianów przylatywała na dach starej stodoły, by przez 2 - 3 godzinki na nim posiedzieć. Nikt z nas nie namierzył ich gniazda. Później Dalia wyczaiła, że z maleńkiego okienka w łazience widać dokładnie część dachu z bocianami. Złapałam się nawet na tym, że kiedy jesienią odleciały, zerkałam ukradkiem przez okienko na dach ;)...
Sroki, zamieszkujące jeszcze dwa tygodnie temu gniazdo na jarzębinie naprzeciwko kuchennego okna, nagle wyprowadziły się. Co ciekawe, do ubiegłorocznego "pustostanu" na topoli po drugiej stronie domu, wprowadziła się para srok :D Może to te same? Może doszły do wniosku, że to, co wybudowały w ubiegłym roku nie nadaje się do dalszego zamieszkania i postanowiły wyremontować sobie jakąś starą, opuszczoną "chałupę"? ;))) W każdym razie dzielnie i z mozołem znoszą różne cuda do swojego nowego gniazdka...
Z kolei na "łysy" krzew kaliny zaczęły przylatywać... hmm... gołębie??? Osobników jest 5, na pierwszy rzut oka wyglądają jak gołębie, ale są sporo większe, mają charakterystyczne białe plamy na wysokości karku, zwężające się ku przodowi i jaskrawe, żółte dzioby, lekko zakrzywione ku dołowi (nie takie proste, jak u typowych, miejskich "dachowców"). Chodzą też nieco inaczej, lekko kołysząc się na boki... Już jesienią przylatywały na tę kalinę codziennie regularnie - rano, jak tylko robiło się jasno i po południu, tuż przed zachodem słońca. Tak przez całą jesień i część zimy, aż dokładnie obskubały krzew do ostatniej kuleczki ;) W ubiegłym tygodniu pojawiły się ponownie, chociaż jeszcze nie mają co skubać ;)))
W sumie stwierdziłam, że kompletnie nie znam się na ptakach :/ Ja - "animals"!!! Wstyd! Pieski - owszem, koty - także, o bobrach wiem więcej niż wszystko, tyleż samo o wilkach, o innej dzikiej zwierzynie może ciut mniej, ale moja znajomość ptaków ogranicza się tylko do "ptactwa pospolitego", i to niezbyt zagłębiając się w ich zwyczaje... Czas nadrobić zaległości ;P
![]() |
| Z myślą o Świętach - "króliczy" ocieplacz na imbryk ;))) |
sobota, 17 marca 2012
"Tell me about yourself Award"
Pod poprzednim wpisem Marta napisała:
witam, jestem zafascynowana Pani pracami. Ich estetycznosc wywoluje tak przyjemne doznania, że goszczę tutaj jak tylko mam wolną chwilkę. Dlatego też pozwoliłam sobie wyróżnić Panią w zabawie "Tell me about yourself Award". nie wiem, czy będzie Pani miała życzenie w niej uczestniczyć, ale nie mogłam się oprzeć :) pozdrawiam
Zrobiło mi się niezmiernie miło, że moje prace są doceniane, wywołują "przyjemne doznania", inspirują, że mogę się dzielić wiedzą, że w ogóle do czegoś się przydaję w tym blogowym świecie. Dziękuję, Marto, za wyróżnienie ;) Z drugiej strony idę troszkę "pod prąd" i z reguły nie uczestniczę w nominacjach, "cukierasach" i innych blogowych zabawach, bowiem kojarzą mi się trochę z tzw. łańcuszkami ;))) Tym razem jednak się przełamię, gdyż chciałabym kogoś nominować... Nie, nie będzie to 10 regulaminowych osób. Będzie tylko jedna... I od razu przepraszam tych, których być może tą nominacją urażę, a dziękuję tym, którzy zechcą ją razem ze mną poprzeć...
To wyróżnienie chciałabym przyznać Osobie, której już z nami nie ma - mojej imienniczce, Małgosi, znanej wszystkim raczej pod nickiem Vivictoria, bądź zwyczajnie- Bag Lady.
http://baglady.blox.pl/html
W połowie lipca minie rok, jak odeszła, do końca dzielnie walcząc z nieuleczalną chorobą... Ale nie tylko z chorobą... Walczyła z bezdusznością urzędów i urzędników, absurdalnych przepisów, które dobijały ją na równi z rakiem... Walczyła, mówiąc głośno i dobitnie o losie polskiego artysty - rękodzielnika, którego nasze władze raczyły wrzucić do jednego worka z innymi przedsiębiorcami, traktując takimi samymi procentami podatków, składek ubezpieczeniowych i innych pierdół, których z kolei nijak nie da się przełożyć na równość "procesów produkcyjnych" u jednych i drugich...
Vivi pozostawiła po sobie, oprócz wspomnień, jeszcze coś - ogromną wiedzę, jaką na swym blogu przekazywała czytelnikom, a także możliwość cieszenia oka niezwykłymi pracami. Myślę, że to na jej blogu wiele z nas nauczyło się szyć torebki, wszywać do nich zamki, naszywać aplikacje, dziergać... Była wspaniałym, wrażliwym, a jednocześnie silnym i dzielnym człowiekiem. Była niezwykle zdolnym artystą i rękodzielnikiem... Jej blog, dzisiaj będący z pewnością in memoriam, cały czas jest miejscem spotkań osób, które o Niej pamiętają, czego dowodem setki komentarzy pod ostatnim wpisem, jakiego dokonała...
Vivi, wszystkie nagrody, wyróżnienia i "cukierasy" należą się Tobie...
Na koniec złamię jeszcze jeden punkt regulaminu, ponieważ nie napiszę 7. zdań o sobie ;) Kto wpada do mnie na bloga, dobrze mnie zna, więc o czym tu pisać ;)))
witam, jestem zafascynowana Pani pracami. Ich estetycznosc wywoluje tak przyjemne doznania, że goszczę tutaj jak tylko mam wolną chwilkę. Dlatego też pozwoliłam sobie wyróżnić Panią w zabawie "Tell me about yourself Award". nie wiem, czy będzie Pani miała życzenie w niej uczestniczyć, ale nie mogłam się oprzeć :) pozdrawiam
Zrobiło mi się niezmiernie miło, że moje prace są doceniane, wywołują "przyjemne doznania", inspirują, że mogę się dzielić wiedzą, że w ogóle do czegoś się przydaję w tym blogowym świecie. Dziękuję, Marto, za wyróżnienie ;) Z drugiej strony idę troszkę "pod prąd" i z reguły nie uczestniczę w nominacjach, "cukierasach" i innych blogowych zabawach, bowiem kojarzą mi się trochę z tzw. łańcuszkami ;))) Tym razem jednak się przełamię, gdyż chciałabym kogoś nominować... Nie, nie będzie to 10 regulaminowych osób. Będzie tylko jedna... I od razu przepraszam tych, których być może tą nominacją urażę, a dziękuję tym, którzy zechcą ją razem ze mną poprzeć...
To wyróżnienie chciałabym przyznać Osobie, której już z nami nie ma - mojej imienniczce, Małgosi, znanej wszystkim raczej pod nickiem Vivictoria, bądź zwyczajnie- Bag Lady.
http://baglady.blox.pl/html
W połowie lipca minie rok, jak odeszła, do końca dzielnie walcząc z nieuleczalną chorobą... Ale nie tylko z chorobą... Walczyła z bezdusznością urzędów i urzędników, absurdalnych przepisów, które dobijały ją na równi z rakiem... Walczyła, mówiąc głośno i dobitnie o losie polskiego artysty - rękodzielnika, którego nasze władze raczyły wrzucić do jednego worka z innymi przedsiębiorcami, traktując takimi samymi procentami podatków, składek ubezpieczeniowych i innych pierdół, których z kolei nijak nie da się przełożyć na równość "procesów produkcyjnych" u jednych i drugich...
Vivi pozostawiła po sobie, oprócz wspomnień, jeszcze coś - ogromną wiedzę, jaką na swym blogu przekazywała czytelnikom, a także możliwość cieszenia oka niezwykłymi pracami. Myślę, że to na jej blogu wiele z nas nauczyło się szyć torebki, wszywać do nich zamki, naszywać aplikacje, dziergać... Była wspaniałym, wrażliwym, a jednocześnie silnym i dzielnym człowiekiem. Była niezwykle zdolnym artystą i rękodzielnikiem... Jej blog, dzisiaj będący z pewnością in memoriam, cały czas jest miejscem spotkań osób, które o Niej pamiętają, czego dowodem setki komentarzy pod ostatnim wpisem, jakiego dokonała...
Vivi, wszystkie nagrody, wyróżnienia i "cukierasy" należą się Tobie...
Na koniec złamię jeszcze jeden punkt regulaminu, ponieważ nie napiszę 7. zdań o sobie ;) Kto wpada do mnie na bloga, dobrze mnie zna, więc o czym tu pisać ;)))
sobota, 10 marca 2012
...
(...)
- Czy będziemy dzisiaj obozować? - pyta.
(...)
- Czy będziemy? - pyta ponownie.
- Zobaczymy później - mówię.
- Dlaczego później?
- Dlatego, że teraz nie wiem.
- A dlaczego nie wiesz teraz?
- Cóż, po prostu nie wiem teraz, dlaczego nie wiem.
( Robert M. Pirsing - "Zen i sztuka oporządzania motocykla")
Ten fragment z książki Pirsinga bardzo dokładnie oddaje moje, trwające od kilku dni - "tu i teraz"... Zapytana o cokolwiek, mogę odpowiedzieć jedynie tym ostatnim zdaniem cytatu... i czekać na "później".
Z resztek "ogryzków", jakie zostały mi po uszyciu quiltu dla Ani, powstał taki sobie patchwork dla jakiegoś malutkiego kowboja ;) Wymiary: 84 x 95 cm. Quilting ręczny.
- Czy będziemy dzisiaj obozować? - pyta.
(...)
- Czy będziemy? - pyta ponownie.
- Zobaczymy później - mówię.
- Dlaczego później?
- Dlatego, że teraz nie wiem.
- A dlaczego nie wiesz teraz?
- Cóż, po prostu nie wiem teraz, dlaczego nie wiem.
( Robert M. Pirsing - "Zen i sztuka oporządzania motocykla")
Ten fragment z książki Pirsinga bardzo dokładnie oddaje moje, trwające od kilku dni - "tu i teraz"... Zapytana o cokolwiek, mogę odpowiedzieć jedynie tym ostatnim zdaniem cytatu... i czekać na "później".
Z resztek "ogryzków", jakie zostały mi po uszyciu quiltu dla Ani, powstał taki sobie patchwork dla jakiegoś malutkiego kowboja ;) Wymiary: 84 x 95 cm. Quilting ręczny.
piątek, 9 marca 2012
Buciki...
- Natan, proszę, załóż buciki, bo za chwilę wychodzimy.
Malec jest bardzo samodzielny, a buciki zapinane z boku na krótki zamek błyskawiczny, więc powinien sobie poradzić. Po chwili okazuje się, że buciki tkwią na stópkach, ale przysłowiowe "dwa lewe" :)
- No, kolego, chyba musimy przejść błyskawiczny kurs zakładania bucików.
Przed Natanem pojawiają się dwie kolejne, pokazowe pary bucików - jedna ustawiona prawidłowo, a druga nieprawidłowo.
- Popatrz. Tak jest dobrze, a tak źle. Czubki bucików nie mogą rozchodzić się na boki. A teraz zdejmij buty i załóż prawidłowo.
Malec z powagą na twarzy myśli i spogląda to na swoje nogi, to na dwie pary butów pokazowych. Potrzebuje chwili na zastanowienie ;)... Co robi po chwili? Krzyżuje nogi i woła uradowany:
- Dobze? Tak?
- No, chłopie, źle! Tak, to ty daleko nie zajdziesz :)))
- Dobze!!! Buciki dobze!!! Nóski źle!!!
Oto mamy patent Natana na odwrotnie założone buty :D Jeśli przytrafi wam się taka sytuacja, nie przebierajcie ich, bo i po co - po prostu skrzyżujcie nogi! :D
Patchworkowa pościel dla miśka (sprzedana ).
Malec jest bardzo samodzielny, a buciki zapinane z boku na krótki zamek błyskawiczny, więc powinien sobie poradzić. Po chwili okazuje się, że buciki tkwią na stópkach, ale przysłowiowe "dwa lewe" :)
- No, kolego, chyba musimy przejść błyskawiczny kurs zakładania bucików.
Przed Natanem pojawiają się dwie kolejne, pokazowe pary bucików - jedna ustawiona prawidłowo, a druga nieprawidłowo.
- Popatrz. Tak jest dobrze, a tak źle. Czubki bucików nie mogą rozchodzić się na boki. A teraz zdejmij buty i załóż prawidłowo.
Malec z powagą na twarzy myśli i spogląda to na swoje nogi, to na dwie pary butów pokazowych. Potrzebuje chwili na zastanowienie ;)... Co robi po chwili? Krzyżuje nogi i woła uradowany:
- Dobze? Tak?
- No, chłopie, źle! Tak, to ty daleko nie zajdziesz :)))
- Dobze!!! Buciki dobze!!! Nóski źle!!!
Oto mamy patent Natana na odwrotnie założone buty :D Jeśli przytrafi wam się taka sytuacja, nie przebierajcie ich, bo i po co - po prostu skrzyżujcie nogi! :D
Patchworkowa pościel dla miśka (sprzedana ).
poniedziałek, 5 marca 2012
Apple Core...
Kratka na kratce, a na tej kratce jeszcze jedna kratka :)))
Wczoraj skończyłam, jutro jedzie do Grodziska Mazowieckiego i będzie umilał chłodne wieczory Ani P. i jej Rodzinie ;)
Quilting ręczny przez 3 warstwy (wewnątrz ocieplina 170'). Spód z niebieskiej flaneli. Lamówka skośna (nijak inaczej się nie da). Wymiary: 220 x 200 cm.
Posiada ręcznie haftowaną sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN FEB / MAR 2012.
Wczoraj skończyłam, jutro jedzie do Grodziska Mazowieckiego i będzie umilał chłodne wieczory Ani P. i jej Rodzinie ;)
Quilting ręczny przez 3 warstwy (wewnątrz ocieplina 170'). Spód z niebieskiej flaneli. Lamówka skośna (nijak inaczej się nie da). Wymiary: 220 x 200 cm.
Posiada ręcznie haftowaną sygnaturę o treści: MADE BY SHAYNEEN FEB / MAR 2012.
poniedziałek, 20 lutego 2012
"Silup"
-Natanielku, jemy zupę. Najpierw jednak wypij syrop z kieliszeczka.
-Do cemu?
-Na co? Na gorączkę... Syropek skutecznie obniża gorączkę i od razu lepiej się poczujesz.
-Obniza? Tak? A zowu tes?
-Sowie, Natanielku, Sowie... Tak, sowie też.
-A jówiu tes?
-Żółwiowi... Tak, też.
-A ptasku?
-Ptaszkowi... Też.
-A jisku tes?
- Liskowi też.
-A soniku tes?
-Tak, słonikowi też.
Syrop wypity. Pierwsza łyżka zupy ląduje w buzi.
-Gojące!!!
Nagle grymas na twarzy malca zamienia się w coś, co wskazuje na przebłysk geniuszu, a Natan, wskazując palcem na talerz z zupą, mówi:
-Wlej silup!!!
Ot, logika dwulatka ;) I jak teraz takiemu maluchowi wytłumaczyć, że "silup" owszem, na organizmy żywe działa, ale "gorączki" w zupie nijak nie obniży :)))
-Do cemu?
-Na co? Na gorączkę... Syropek skutecznie obniża gorączkę i od razu lepiej się poczujesz.
-Obniza? Tak? A zowu tes?
-Sowie, Natanielku, Sowie... Tak, sowie też.
-A jówiu tes?
-Żółwiowi... Tak, też.
-A ptasku?
-Ptaszkowi... Też.
-A jisku tes?
- Liskowi też.
-A soniku tes?
-Tak, słonikowi też.
Syrop wypity. Pierwsza łyżka zupy ląduje w buzi.
-Gojące!!!
Nagle grymas na twarzy malca zamienia się w coś, co wskazuje na przebłysk geniuszu, a Natan, wskazując palcem na talerz z zupą, mówi:
-Wlej silup!!!
Ot, logika dwulatka ;) I jak teraz takiemu maluchowi wytłumaczyć, że "silup" owszem, na organizmy żywe działa, ale "gorączki" w zupie nijak nie obniży :)))
piątek, 17 lutego 2012
Trochę spraw technicznych dotyczących patchworku
W związku z tym, że od jakiegoś czasu dostaję maile z pytaniami na temat patchworków i to raczej od strony technicznej, i są to często pytania powtarzające się, najrozsądniej będzie wypowiedzieć się tutaj ;)
Padło pytanie o grubość ociepliny - czym się kierować i jak to rozgryźć. Moim zdaniem grubość ociepliny zawsze należy dobierać w zależności od tego, do czego ma nam ten patchwork służyć, jak długo, jaki efekt wizualny chcemy osiągnąć, a także... jaki rodzaj quiltingu chcemy zastosować i na ile oceniamy swoje umiejętności w sztuce quiltingu. Możemy pokusić się o zastosowanie w quilcie wkładu z runa wełnianego, ale sęk w tym, że praca z tego rodzaju wypełnieniem wymaga zupełnie innej techniki pikowania, i to pikowania ręcznego (bo barbarzyństwem jest wełnę pikować maszynowo). Poza tym wełniane wypełnienie wymaga wstępnego przygotowania przed pikowaniem, więc daruję sobie jakieś szczegółowe opisy. Czego nie można zarzucić quiltom z wypełnieniem wełnianym, to brak trwałości. Mogę dać głowę, że przy odpowiedniej "pielęgnacji" przeżyją nas, nasze dzieci i wnuki. Bawełna... Battingi bawełniane są łatwiejsze w obsłudze, ładnie trzymają warstwy przy pikowaniu, można je pikować zarówno ręcznie, jak i maszynowo, zachowują fajnie swoją puszystość. Hmm... Co do obiecywanej przez producentów kurczliwości... czy też niekurczliwości, często podawanej w procentach, to mimo wszystko różnie bywa. Spotykałam się z wypełnieniami, które miały kurczliwość praktycznie zerową, ale też takimi, które wyszły z renomowanych fabryk, producent obiecywał 5%, a później okazywało się, że szlag trafiał patchwork, bo te 5% należało lekko pomnożyć, niestety :/ I nie dajcie się zwieść zapewnieniom, że jak taki quilt lekko się zbiegnie przez batting, to tylko zyska na urodzie, bo będzie ciut vintage. Bzdura! Quilt ma wyglądać tak, jak sobie zakładacie! Vintage to on sobie może wyglądać po latach, a nie po pierwszym praniu! Iiiii, spotkałam się niestety z przypadkami uczulenia osób wrażliwych na ten rodzaj wypełnienia, dlatego w przypadku dzieciaczków warto uważać. Coraz więcej osób bywa uczulonych na bawełnę pomimo, iż jest to włókno uważane za najbardziej bezpieczne. Okazuje się, że niekoniecznie... No, i tradycyjne, najbardziej popularne wypełnienia poliestrowe, zwane powszechnie ociepliną, ovatą czy jak tam jeszcze... Myślę, że są na tyle tanie, że jak najbardziej nadają się dla osób, które zaczynają swoją przygodę z patchworkiem. Są łatwe w obsłudze i raczej nie sprawiają niespodzianek. Nie mają natomiast tej trwałości, co wypełnienia bawełniane i wełniane, gdyż po jakimś czasie lekko się uleżą i sklapną, ale są też najłatwiejsze w późniejszej konserwacji.
Grubość... Jeśli chcecie uzyskać głębszy relief przy quiltingu, użyjcie grubszej ociepliny. Tutaj małe spostrzeżenie, wynikające z wieloletniej praktyki ;) Lepszy efekt uzyskamy, gdy weźmiemy dwie (lub więcej) warstwy ociepliny, niż jedną grubą. Cienka ocieplinka jest delikatniejsza, gruba natomiast bardzo sztywna. Same poeksperymentujcie - jeśli złożycie razem np. 3 osiemdziesiątki, osiągniecie fajniejszą strukturę, niż przy zastosowaniu jednej, grubszej warstwy. Poza tym takie "wielowarstwowe" patchworki są cieplejsze, być może dlatego, że pomiędzy warstwami zawsze zadomowi się trochę powietrza ;)
Następna sprawa - farbowanie... Niestety, wiele bawełnianych tkanin farbuje. Możemy próbować techniki tzw. hartowania, poprzez moczenie w gorącej i zimnej wodzie, płukanie w soli, occie itd. Niekiedy i to nie pomaga. Czy taka tkanina, przy któtej te wszystkie sposoby zawodzą, jest niskiej jakości? Nie!!! Wiele tkanin bardzo wysokiej jakości ma tendencje do farbowania! Czasami warto popróbować ze skrawkami tkanin, których chcemy użyć w patchworku, ponieważ może zdarzyć się tak, że pozostałe tkaniny nie złapią barwnika tkaniny farbującej. Naprawdę! A jeśli nic już nie skutkuje? Hmm... W Stanach czy Kanadzie mają takie środki, jak Retayne lub Synthrapol, niedostępne praktycznie w Polsce (ja przynajmniej nie spotkałam), więc jeśli ktoś nie szyje quiltów zawodowo, to sprowadzenie ich może być nieopłacalne... Hmm, farbowanie... Co ciekawe, w krajach, gdzie patchwork i quilting mają długą tradycję, ta wada tkanin aż tak nie razi. Dawno temu stosowano do barwienia tkanin prawie wyłącznie naturalnych barwników, które bardzo "puszczały", więc patchworki z natury były "pomazane". Dzisiaj wiele z tych, które przetrwały, osiąga zawrotne ceny na targach, aukcjach czy w sklepach z antycznymi quiltami. Patrzycie na nie i mówicie: "Ale na nich nie ma nawet śladu po jakimkolwiek farbowaniu". Nie ma! Nie ma, bo z biegiem czasu z tkaniny, która farbowała wymyło się to, co wymyć się mogło, natomiast tkaniny, które niechcący przy pierwszych praniach nieco tego barwnika chwyciły, po latach zostały z niego wypłukane! Naprawdę! Dlatego szyjcie, nie martwcie się tym, że farbuje, ewentualnie próbujcie łączyć tkaniny tak, by tkanina, która niechcący złapie barwnik jak najmniej na tym cierpiała wizualnie, cieszcie się tymi patchworkami, bo... No, właśnie... Bo z patchworkami jest jak z ludźmi - niekoniecznie musi być idealny w każdym calu, by móc go pokochać. Czasami ten, który ma dużo wad (wewnętrznych i zewnętrznych), który na pierwszy rzut oka wydaje się "brzydalem", starym, spranym, połatanym, jest wspaniały, kochany i daje nam więcej ciepła, miłości, przyjemności i bezpieczeństwa niż nowiutkie cacko ze sklepu.
Przy okazji tego wpisu pragnę cieplutko pozdrowić pewną intrygującą osobę z Belfastu, która kilka dni temu wpadła na mojego bloga i ugrzęzła w nim na dobre ;) Mrugam prawym oczkiem ;))) Mrugam lewym oczkiem ;)))))... i życzę w dalszym ciągu miłej lektury ;P
Pledzik dziecięcy o wymiarach: 100 x 150 cm. Mam nadzieję, że Joshua jest z niego zadowolony ;)
A tak dla przykładu - w środku ma 4 warstwy ociepliny 80'... ;)))
Padło pytanie o grubość ociepliny - czym się kierować i jak to rozgryźć. Moim zdaniem grubość ociepliny zawsze należy dobierać w zależności od tego, do czego ma nam ten patchwork służyć, jak długo, jaki efekt wizualny chcemy osiągnąć, a także... jaki rodzaj quiltingu chcemy zastosować i na ile oceniamy swoje umiejętności w sztuce quiltingu. Możemy pokusić się o zastosowanie w quilcie wkładu z runa wełnianego, ale sęk w tym, że praca z tego rodzaju wypełnieniem wymaga zupełnie innej techniki pikowania, i to pikowania ręcznego (bo barbarzyństwem jest wełnę pikować maszynowo). Poza tym wełniane wypełnienie wymaga wstępnego przygotowania przed pikowaniem, więc daruję sobie jakieś szczegółowe opisy. Czego nie można zarzucić quiltom z wypełnieniem wełnianym, to brak trwałości. Mogę dać głowę, że przy odpowiedniej "pielęgnacji" przeżyją nas, nasze dzieci i wnuki. Bawełna... Battingi bawełniane są łatwiejsze w obsłudze, ładnie trzymają warstwy przy pikowaniu, można je pikować zarówno ręcznie, jak i maszynowo, zachowują fajnie swoją puszystość. Hmm... Co do obiecywanej przez producentów kurczliwości... czy też niekurczliwości, często podawanej w procentach, to mimo wszystko różnie bywa. Spotykałam się z wypełnieniami, które miały kurczliwość praktycznie zerową, ale też takimi, które wyszły z renomowanych fabryk, producent obiecywał 5%, a później okazywało się, że szlag trafiał patchwork, bo te 5% należało lekko pomnożyć, niestety :/ I nie dajcie się zwieść zapewnieniom, że jak taki quilt lekko się zbiegnie przez batting, to tylko zyska na urodzie, bo będzie ciut vintage. Bzdura! Quilt ma wyglądać tak, jak sobie zakładacie! Vintage to on sobie może wyglądać po latach, a nie po pierwszym praniu! Iiiii, spotkałam się niestety z przypadkami uczulenia osób wrażliwych na ten rodzaj wypełnienia, dlatego w przypadku dzieciaczków warto uważać. Coraz więcej osób bywa uczulonych na bawełnę pomimo, iż jest to włókno uważane za najbardziej bezpieczne. Okazuje się, że niekoniecznie... No, i tradycyjne, najbardziej popularne wypełnienia poliestrowe, zwane powszechnie ociepliną, ovatą czy jak tam jeszcze... Myślę, że są na tyle tanie, że jak najbardziej nadają się dla osób, które zaczynają swoją przygodę z patchworkiem. Są łatwe w obsłudze i raczej nie sprawiają niespodzianek. Nie mają natomiast tej trwałości, co wypełnienia bawełniane i wełniane, gdyż po jakimś czasie lekko się uleżą i sklapną, ale są też najłatwiejsze w późniejszej konserwacji.
Grubość... Jeśli chcecie uzyskać głębszy relief przy quiltingu, użyjcie grubszej ociepliny. Tutaj małe spostrzeżenie, wynikające z wieloletniej praktyki ;) Lepszy efekt uzyskamy, gdy weźmiemy dwie (lub więcej) warstwy ociepliny, niż jedną grubą. Cienka ocieplinka jest delikatniejsza, gruba natomiast bardzo sztywna. Same poeksperymentujcie - jeśli złożycie razem np. 3 osiemdziesiątki, osiągniecie fajniejszą strukturę, niż przy zastosowaniu jednej, grubszej warstwy. Poza tym takie "wielowarstwowe" patchworki są cieplejsze, być może dlatego, że pomiędzy warstwami zawsze zadomowi się trochę powietrza ;)
Następna sprawa - farbowanie... Niestety, wiele bawełnianych tkanin farbuje. Możemy próbować techniki tzw. hartowania, poprzez moczenie w gorącej i zimnej wodzie, płukanie w soli, occie itd. Niekiedy i to nie pomaga. Czy taka tkanina, przy któtej te wszystkie sposoby zawodzą, jest niskiej jakości? Nie!!! Wiele tkanin bardzo wysokiej jakości ma tendencje do farbowania! Czasami warto popróbować ze skrawkami tkanin, których chcemy użyć w patchworku, ponieważ może zdarzyć się tak, że pozostałe tkaniny nie złapią barwnika tkaniny farbującej. Naprawdę! A jeśli nic już nie skutkuje? Hmm... W Stanach czy Kanadzie mają takie środki, jak Retayne lub Synthrapol, niedostępne praktycznie w Polsce (ja przynajmniej nie spotkałam), więc jeśli ktoś nie szyje quiltów zawodowo, to sprowadzenie ich może być nieopłacalne... Hmm, farbowanie... Co ciekawe, w krajach, gdzie patchwork i quilting mają długą tradycję, ta wada tkanin aż tak nie razi. Dawno temu stosowano do barwienia tkanin prawie wyłącznie naturalnych barwników, które bardzo "puszczały", więc patchworki z natury były "pomazane". Dzisiaj wiele z tych, które przetrwały, osiąga zawrotne ceny na targach, aukcjach czy w sklepach z antycznymi quiltami. Patrzycie na nie i mówicie: "Ale na nich nie ma nawet śladu po jakimkolwiek farbowaniu". Nie ma! Nie ma, bo z biegiem czasu z tkaniny, która farbowała wymyło się to, co wymyć się mogło, natomiast tkaniny, które niechcący przy pierwszych praniach nieco tego barwnika chwyciły, po latach zostały z niego wypłukane! Naprawdę! Dlatego szyjcie, nie martwcie się tym, że farbuje, ewentualnie próbujcie łączyć tkaniny tak, by tkanina, która niechcący złapie barwnik jak najmniej na tym cierpiała wizualnie, cieszcie się tymi patchworkami, bo... No, właśnie... Bo z patchworkami jest jak z ludźmi - niekoniecznie musi być idealny w każdym calu, by móc go pokochać. Czasami ten, który ma dużo wad (wewnętrznych i zewnętrznych), który na pierwszy rzut oka wydaje się "brzydalem", starym, spranym, połatanym, jest wspaniały, kochany i daje nam więcej ciepła, miłości, przyjemności i bezpieczeństwa niż nowiutkie cacko ze sklepu.
Przy okazji tego wpisu pragnę cieplutko pozdrowić pewną intrygującą osobę z Belfastu, która kilka dni temu wpadła na mojego bloga i ugrzęzła w nim na dobre ;) Mrugam prawym oczkiem ;))) Mrugam lewym oczkiem ;)))))... i życzę w dalszym ciągu miłej lektury ;P
Pledzik dziecięcy o wymiarach: 100 x 150 cm. Mam nadzieję, że Joshua jest z niego zadowolony ;)
A tak dla przykładu - w środku ma 4 warstwy ociepliny 80'... ;)))
poniedziałek, 13 lutego 2012
Zawiodłam...
Nie wpasowałam się w konwencję dnia jutrzejszego, niestety... Dzisiejszy rajd po mieście przerwał mi gdzieś na odcinku między Kupcem Poznańskim a Garbarami koleś z mikrofonem, ozdobionym solidnym logiem jednej z poznańskich rozgłośni radiowych. Kiedy mnie zaczepił, pomyślałam, że chce zapytać o coś poważnego, dlatego lekko mnie przytkało, gdy z ust jego padło:
-Jutro "Walentynki". Rozumiem, że tak piękna i uśmiechnięta kobieta spędzi ten wyjątkowy dzień w towarzystwie "miłości swojego życia"...
Uodporniona na jego męską kokieterię, bo ani się nie uśmiechałam, ani tym bardziej wyróżniałam w dniu dzisiejszym jakoś szczególnie urodą, odparowałam:
-Muszę pana zawieść - niestety, nie...
-Ale rozumiem, że jak każdy z nas, miłość swojego życia pani przeżyła. Czy może nam pani o niej w kilku zdaniach opowiedzieć?
-Ponownie pana zawiodę. Nie ma o czym opowiadać, ponieważ "miłość mojego życia" była jednocześnie najkrótszą miłością w moim życiu. Jak się szybko zaczęła, tak się szybko skończyła... Chociaż, może jeszcze inaczej - skończyła się, zanim tak naprawdę mogła się zacząć. Taka śmierć przed narodzeniem...
-Oj, to przykre... Ale rozumiem, że jutrzejszy dzień mimo wszystko spędzi pani w towarzystwie ukochanego mężczyzny?
-I jeszcze raz pana zawiodę. Niestety, nie...
-Hmm... To zapewne w towarzystwie koleżanek - singielek, w miłej atmosferze jednej z poznańskich kawiarni?
-Nieee...
Koleś zbity z tropu, bo mu najwyraźniej zepsułam walentynkowy schemat pogadanki, drąży dalej:
-W takim razie z pewnością zrobi pani coś dla siebie i spędzi ten wieczór relaksując się w jakimś gabinecie kosmetycznym, może saunie?
-Nieee...
-Czyli???
-Spędzę ten wieczór samotnie, pod kocem, z kubkiem herbaty i z książką w ręku.
Najwyraźniej to stwierdzenie mu przypasiło, bowiem uśmiech pojawił się na jego twarzy i próbując wpasować to w "konwencję", mówi:
-Oczywiście, ta książka to jakaś baaaardzo romantyczna, dobrze kończąca się historia... Zdradzi nam pani, co to będzie?
-Po raz nie wiem już który mam zamiar skończyć jutro czytanie "Odmieńca" Bodsworth'a. To jedna z moich ulubionych książek.
-Oooooo. Klasyka literatury kanadyjskiej, widzę... -odparował, najwyraźniej zorientowany w temacie, co mnie nawet zaskoczyło, bo Bodsworth, mimo iż rewelacyjny, raczej nigdy hitem nie był. - Ale mimo wszystko to pozycja o miłości. Może trudnej, ale jednak o miłości...
-Nooo, niekoniecznie w wydaniu ludzkim. Okazuje się, że nawet na takiej płaszczyźnie jak miłość, możemy wiele nauczyć się od zwierząt - skwitowałam.
Dziennikarzyk zakończył naszą pogadankę, rzuciwszy do własnego mikrofonu:
-Jak państwo widzicie, różne są pomysły na spędzenie tego wyjątkowego, walentynkowego wieczoru. Można z ukochaną osobą, a można i z książką...
Kiedy się rozłączył, znaczy "odpiął" z fonii, mówi do mnie:
-Kurde, ale mnie pani zaskoczyła z tym "Odmieńcem". Nie sądziłem, że są jeszcze kobiety, które czytają takie książki. Współczesne dziewczyny to "pustaki", których świat kręci się między siłownią, solarium i klubem, a jedyne, co czytają, to sposób użycia na opakowaniach kosmetyków i program TV. Pieniądze i atrakcje, które nie obciążają mózgu to wszystko, czego im potrzeba do szczęścia.
Hmm... Tym stwierdzeniem on mnie z kolei zbił z tropu i zaczęłam się zastanawiać, czy to ten sam koleś z mikrofonem, który mnie zaczepił przed momentem :/ Kiedy siedziałam już w tramwaju wracając do domu, zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać i doszłam do wniosku, że ja faktycznie nie wpasowuję się w schemat współczesnej... hmm... kobiecości :/ Nie biegam do kosmetyczki (sama nią jestem we własnej łazience), nie korzystam z solarium (przed słońcem też uciekam), nie pocę się w siłowni (cały mój sport, to rolki, czasami rowerek i spacery z psem, od czasu do czasu ćwiczonka na własnym dywanie), nie ubieram się w sieciówkach, chodzę w glanach lub trampkach (buciki na szpilce mam na nogach może przez kilkanaście dni w roku), rzadko występuję w pełnym makijażu (ułomność byłego zawodowego makijażysty, spowodowana przesytem), nie czytam... hmmm... tych wspomnianych przez dziennikarza programów TV, ponieważ telewizję oglądam średnio raz na dwa tygodnie (i to najczęściej "Animal Planet"), modne kluby omijam szerokim łukiem (kręci mnie jedynie bluesik w "Charyzmie"). Czasami robię ze znajomymi wypad do knajpki, ale raczej z zamiarem pobycia w fajnym towarzystwie niż jakichś niekontrolowanych szaleństw. Czyli co??? To ja jestem jakaś z kosmosu, czy też kosmos jest wokół mnie???
Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszych "Walentynek" ;))) Życzę wszystkim prawdziwej, szczerej, partnerskiej Miłości... takiej przez wielkie M ;)))
-Jutro "Walentynki". Rozumiem, że tak piękna i uśmiechnięta kobieta spędzi ten wyjątkowy dzień w towarzystwie "miłości swojego życia"...
Uodporniona na jego męską kokieterię, bo ani się nie uśmiechałam, ani tym bardziej wyróżniałam w dniu dzisiejszym jakoś szczególnie urodą, odparowałam:
-Muszę pana zawieść - niestety, nie...
-Ale rozumiem, że jak każdy z nas, miłość swojego życia pani przeżyła. Czy może nam pani o niej w kilku zdaniach opowiedzieć?
-Ponownie pana zawiodę. Nie ma o czym opowiadać, ponieważ "miłość mojego życia" była jednocześnie najkrótszą miłością w moim życiu. Jak się szybko zaczęła, tak się szybko skończyła... Chociaż, może jeszcze inaczej - skończyła się, zanim tak naprawdę mogła się zacząć. Taka śmierć przed narodzeniem...
-Oj, to przykre... Ale rozumiem, że jutrzejszy dzień mimo wszystko spędzi pani w towarzystwie ukochanego mężczyzny?
-I jeszcze raz pana zawiodę. Niestety, nie...
-Hmm... To zapewne w towarzystwie koleżanek - singielek, w miłej atmosferze jednej z poznańskich kawiarni?
-Nieee...
Koleś zbity z tropu, bo mu najwyraźniej zepsułam walentynkowy schemat pogadanki, drąży dalej:
-W takim razie z pewnością zrobi pani coś dla siebie i spędzi ten wieczór relaksując się w jakimś gabinecie kosmetycznym, może saunie?
-Nieee...
-Czyli???
-Spędzę ten wieczór samotnie, pod kocem, z kubkiem herbaty i z książką w ręku.
Najwyraźniej to stwierdzenie mu przypasiło, bowiem uśmiech pojawił się na jego twarzy i próbując wpasować to w "konwencję", mówi:
-Oczywiście, ta książka to jakaś baaaardzo romantyczna, dobrze kończąca się historia... Zdradzi nam pani, co to będzie?
-Po raz nie wiem już który mam zamiar skończyć jutro czytanie "Odmieńca" Bodsworth'a. To jedna z moich ulubionych książek.
-Oooooo. Klasyka literatury kanadyjskiej, widzę... -odparował, najwyraźniej zorientowany w temacie, co mnie nawet zaskoczyło, bo Bodsworth, mimo iż rewelacyjny, raczej nigdy hitem nie był. - Ale mimo wszystko to pozycja o miłości. Może trudnej, ale jednak o miłości...
-Nooo, niekoniecznie w wydaniu ludzkim. Okazuje się, że nawet na takiej płaszczyźnie jak miłość, możemy wiele nauczyć się od zwierząt - skwitowałam.
Dziennikarzyk zakończył naszą pogadankę, rzuciwszy do własnego mikrofonu:
-Jak państwo widzicie, różne są pomysły na spędzenie tego wyjątkowego, walentynkowego wieczoru. Można z ukochaną osobą, a można i z książką...
Kiedy się rozłączył, znaczy "odpiął" z fonii, mówi do mnie:
-Kurde, ale mnie pani zaskoczyła z tym "Odmieńcem". Nie sądziłem, że są jeszcze kobiety, które czytają takie książki. Współczesne dziewczyny to "pustaki", których świat kręci się między siłownią, solarium i klubem, a jedyne, co czytają, to sposób użycia na opakowaniach kosmetyków i program TV. Pieniądze i atrakcje, które nie obciążają mózgu to wszystko, czego im potrzeba do szczęścia.
Hmm... Tym stwierdzeniem on mnie z kolei zbił z tropu i zaczęłam się zastanawiać, czy to ten sam koleś z mikrofonem, który mnie zaczepił przed momentem :/ Kiedy siedziałam już w tramwaju wracając do domu, zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać i doszłam do wniosku, że ja faktycznie nie wpasowuję się w schemat współczesnej... hmm... kobiecości :/ Nie biegam do kosmetyczki (sama nią jestem we własnej łazience), nie korzystam z solarium (przed słońcem też uciekam), nie pocę się w siłowni (cały mój sport, to rolki, czasami rowerek i spacery z psem, od czasu do czasu ćwiczonka na własnym dywanie), nie ubieram się w sieciówkach, chodzę w glanach lub trampkach (buciki na szpilce mam na nogach może przez kilkanaście dni w roku), rzadko występuję w pełnym makijażu (ułomność byłego zawodowego makijażysty, spowodowana przesytem), nie czytam... hmmm... tych wspomnianych przez dziennikarza programów TV, ponieważ telewizję oglądam średnio raz na dwa tygodnie (i to najczęściej "Animal Planet"), modne kluby omijam szerokim łukiem (kręci mnie jedynie bluesik w "Charyzmie"). Czasami robię ze znajomymi wypad do knajpki, ale raczej z zamiarem pobycia w fajnym towarzystwie niż jakichś niekontrolowanych szaleństw. Czyli co??? To ja jestem jakaś z kosmosu, czy też kosmos jest wokół mnie???
Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszych "Walentynek" ;))) Życzę wszystkim prawdziwej, szczerej, partnerskiej Miłości... takiej przez wielkie M ;)))
sobota, 4 lutego 2012
Mróz uderza...
Konkretnie - uderza chyba w zdrowie moich bliskich znajomych. Jakiś pomór! Nataniel walczy z zapaleniem oskrzeli i wysoką gorączką (chociaż dobry humor maluszka nie opuszcza :D), Ola z półpaścem, Maryśka padła na rwę kulszową, Wielki Pies stęka na nerki. Mało tego! Dzwonię wczoraj do mojej przyjaciółki Wieśki, czy wszystko OK i czy coś jej dowieźć na ranczo, i pierwsze, co słyszę, to:
- Rura pękła.
W jednej sekundzie zobaczyłam oczyma wyobraźni Wieśkę pod kołdrami i kocami, wtuloną w Askana i Bogdana (kot), oblodzone ściany i okna, sople zwisające z mebli, krany, z których nic nie leci, termometry, na których słupek rtęci osiągnął "rejestry" dolne i już niżej nie może, a wszystko to w maleńkiej chatce, skąpanej w śniegu i mrozie, samotnej, gdzie z dwóch stron bezkresne pola, a z pozostałych stron gęsty las. I kiedy już serce podskoczyło mi tak wysoko do gardła, że nijak nie mogłam wydukać słowa, Wieśka uściśliła:
- No, pękła rura pod umywalką w łazience, ale już ją jakoś naprawiłam.
Myślałam, że ją zastrzelę. Nie można było tak od razu, w jednym zdaniu?! Kiedy jednak zaczęłam się powoli uspokajać, ponownie podniosła mi ciśnienie.
- Wiesz, muszę chyba w przyszłym tygodniu gnać do Poznania. Z moim gardłem dzieje się coś niedobrego.
Kurczę, dopiero wykaraskała się z masakrycznie potłuczonego biodra, które powaliło ją na wiele tygodni, a tu znów problem. Boję się o nią, ponieważ kilka lat temu przeszła poważną operację krtani i strun głosowych (rak).
Najlepszą "diagnozę" na to wszystko postawił Firefox.
- Wiecie co, wy jesteście za bardzo wychuchani. Ja bym was przez 2-3 tygodnie przeciągnął przez Alaskę, to od razu byście zapomnieli o chorobach.
Nadmieniam, iż kolega Firefox wrócił w styczniu do Pine Ridge po ponad półtoramiesięcznej wyprawie na Alaskę. Przemierzył tę Alaskę wzdłuż i wszerz, zahaczając nawet o Wyspę Kodiak, korzystając z chyba wszystkich możliwych środków lokomocji, od własnych nóg poczynając a na samolotach kończąc. Wiem, że zazdrość to rzecz obrzydliwa, ale ja mu zwyczajnie tej wyprawy zazdroszczę, bowiem Alaska to szczyt moich marzeń odkąd pamiętam. Z drugiej strony cieszę się, że chociaż ktoś z moich przyjaciół mógł na własne oczy zobaczyć to, co być może już zawsze zostanie tylko w sferze moich marzeń ;)... Hmm... A tak poza tym... Tak poza tym, coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że nasz Firefox chyba już do Polski nie wróci ;) I chociaż ciągle zapewnia: "Zobaczycie, we wrześniu wyląduję w Warszawie. Powoli organizujcie imprezę", to jakoś zaczynam w to wątpić... A może tak by było dla niego lepiej? Może właśnie tam jest jego miejsce? Tam, gdzie odkrył siebie na nowo, gdzie stał się zupełnie innym człowiekiem?
- Rura pękła.
W jednej sekundzie zobaczyłam oczyma wyobraźni Wieśkę pod kołdrami i kocami, wtuloną w Askana i Bogdana (kot), oblodzone ściany i okna, sople zwisające z mebli, krany, z których nic nie leci, termometry, na których słupek rtęci osiągnął "rejestry" dolne i już niżej nie może, a wszystko to w maleńkiej chatce, skąpanej w śniegu i mrozie, samotnej, gdzie z dwóch stron bezkresne pola, a z pozostałych stron gęsty las. I kiedy już serce podskoczyło mi tak wysoko do gardła, że nijak nie mogłam wydukać słowa, Wieśka uściśliła:
- No, pękła rura pod umywalką w łazience, ale już ją jakoś naprawiłam.
Myślałam, że ją zastrzelę. Nie można było tak od razu, w jednym zdaniu?! Kiedy jednak zaczęłam się powoli uspokajać, ponownie podniosła mi ciśnienie.
- Wiesz, muszę chyba w przyszłym tygodniu gnać do Poznania. Z moim gardłem dzieje się coś niedobrego.
Kurczę, dopiero wykaraskała się z masakrycznie potłuczonego biodra, które powaliło ją na wiele tygodni, a tu znów problem. Boję się o nią, ponieważ kilka lat temu przeszła poważną operację krtani i strun głosowych (rak).
Najlepszą "diagnozę" na to wszystko postawił Firefox.
- Wiecie co, wy jesteście za bardzo wychuchani. Ja bym was przez 2-3 tygodnie przeciągnął przez Alaskę, to od razu byście zapomnieli o chorobach.
Nadmieniam, iż kolega Firefox wrócił w styczniu do Pine Ridge po ponad półtoramiesięcznej wyprawie na Alaskę. Przemierzył tę Alaskę wzdłuż i wszerz, zahaczając nawet o Wyspę Kodiak, korzystając z chyba wszystkich możliwych środków lokomocji, od własnych nóg poczynając a na samolotach kończąc. Wiem, że zazdrość to rzecz obrzydliwa, ale ja mu zwyczajnie tej wyprawy zazdroszczę, bowiem Alaska to szczyt moich marzeń odkąd pamiętam. Z drugiej strony cieszę się, że chociaż ktoś z moich przyjaciół mógł na własne oczy zobaczyć to, co być może już zawsze zostanie tylko w sferze moich marzeń ;)... Hmm... A tak poza tym... Tak poza tym, coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że nasz Firefox chyba już do Polski nie wróci ;) I chociaż ciągle zapewnia: "Zobaczycie, we wrześniu wyląduję w Warszawie. Powoli organizujcie imprezę", to jakoś zaczynam w to wątpić... A może tak by było dla niego lepiej? Może właśnie tam jest jego miejsce? Tam, gdzie odkrył siebie na nowo, gdzie stał się zupełnie innym człowiekiem?
![]() |
| Quilted Hearts |
niedziela, 29 stycznia 2012
Mróz...
Tęgi mróz, a zapowiadają jeszcze większy... Nie jestem za dokarmianiem ptaków i uważam, że póki mogą, powinny sobie same pokarmu szukać. Dokarmianie w pewien sposób je rozleniwia i coraz bardziej uzależnia od człowieka. Jednakże kiedy nadchodzi siarczysty mróz lub śnieżyce, sama ruszam z pomocą. Z drugiej strony myślę, że przynajmniej tyle jesteśmy im winni, skoro z każdym dniem zabieramy im coraz więcej przestrzeni. Ich przestrzeni... Przy okazji zauważyłam, że różne ptaki różnie reagują na takie dokarmianie. Te na wsi, pod lasem, przylatują, najedzą się, odlatują. Raczej nieufnie podchodzą do człowieka. Widać w ich zachowaniu tę dzikość, wolność, która nakazuje im zaspokoić głód i lecieć dalej, nie myśląc o tym, co będzie potem. O "potem" pomyślą potem ;)... Te w miastach, przyzwyczajone do obecności człowieka, uzależniają się od niego. Wiedzą, gdzie i kiedy można coś skubnąć. W takiej zależności wychowują swoje potomstwo i kóło się zamyka. No, ale taki już ich los. My, ludzie, jesteśmy trochę podobni do nich. Dzielimy się na tych, którzy nie poradzą sobie bez pomocy innych, bez życia w miarę luksusowych warunkach... ciepełko, wygody, pełna lodówka... i na tych, którzy świetnie egzystują z dala od szeroko pojętej cywilizacji, nie straszny im chłód, brak kasy, bo i bez tego przeżyją... No, ale wszystkie ptaki biją na głowę łabędzie z usteckiej plaży :D Będą za tobą łazić i żebrać, aż wyżebrają wszystko, co nadaje się do zjedzenia. A kiedy już nic nie masz i odchodzisz w swoją stronę, będą cię zaczepiać, łapiąc za spodnie, szczypiąc po rękach i spoglądać wzrokiem mówiącym: "No, rusz tyłek. Tu, niedaleko są sklepy. Zasuwaj i przynieś coś jeszcze, bo jak nie, to... (cap!)... wynocha z naszej plaży (cap!). Idź spacerować sobie gdzie indziej (cap!)". Cwaniaki nad cwaniakami ;)
Zima to także okres, kiedy najwięcej ptaków pada. Z głodu, z wyziębienia, z chorób, od obrażeń zadanych przez drapieżniki (one też muszą jeść). O ile niezbyt poturbowanego ptaka, któremu raczej nic nie zagraża, można spróbować "przehotelować" przez dzień lub dwa, o tyle delikwenta naprawdę chorego lepiej oddać w ręce specjalistów. W piątek przekonałam się, że nawet "animalsi" mają czasami dylemat, gdzie takiego ptaka odtransportować. Dlatego podaję link na stronę "Ptaki Polski", gdzie znajduje się wykaz miejsc, w których z pewnością nie odmówią pomocy:
http://www.ptaki-polski.pl/azyle.php?id=16#azyl_16
Ja w ubiegłym roku "hotelowałam" przez kilka dni mewę śmieszkę, nazwaną przez moje córki Klarą (chociaż w sumie do końca nie wiedziałyśmy, czy to kobitka, czy facet :D).
Znalazłam ją leżącą w śniegu i prawie w ostatniej chwili uratowałam przed atakującymi srokami i kotami. Troszkę ją już "podskubały", ale była w niezłej kondycji poza tym, że trochę utykała na nóżkę. Po kilku dniach domowej rekonwalescencji odtransportowałyśmy ją do "swoich". Przy okazji mogłam się przekonać, jaki to inteligentny ptak, jak szybko się uczy i genialnie wprost zapamiętuje... Czasami się zastanawiam, jak potoczyły się dalsze losy naszej mewy i czy jeszcze kiedyś przelatywała może w pobliżu naszego domu...
Żeby nie było, że tylko zima i zima, to może coś kolorowego tym razem. Torba typu 'messenger' z pięknej, batikowej tkaniny w etniczne wzory.
Zima to także okres, kiedy najwięcej ptaków pada. Z głodu, z wyziębienia, z chorób, od obrażeń zadanych przez drapieżniki (one też muszą jeść). O ile niezbyt poturbowanego ptaka, któremu raczej nic nie zagraża, można spróbować "przehotelować" przez dzień lub dwa, o tyle delikwenta naprawdę chorego lepiej oddać w ręce specjalistów. W piątek przekonałam się, że nawet "animalsi" mają czasami dylemat, gdzie takiego ptaka odtransportować. Dlatego podaję link na stronę "Ptaki Polski", gdzie znajduje się wykaz miejsc, w których z pewnością nie odmówią pomocy:
http://www.ptaki-polski.pl/azyle.php?id=16#azyl_16
Ja w ubiegłym roku "hotelowałam" przez kilka dni mewę śmieszkę, nazwaną przez moje córki Klarą (chociaż w sumie do końca nie wiedziałyśmy, czy to kobitka, czy facet :D).
Znalazłam ją leżącą w śniegu i prawie w ostatniej chwili uratowałam przed atakującymi srokami i kotami. Troszkę ją już "podskubały", ale była w niezłej kondycji poza tym, że trochę utykała na nóżkę. Po kilku dniach domowej rekonwalescencji odtransportowałyśmy ją do "swoich". Przy okazji mogłam się przekonać, jaki to inteligentny ptak, jak szybko się uczy i genialnie wprost zapamiętuje... Czasami się zastanawiam, jak potoczyły się dalsze losy naszej mewy i czy jeszcze kiedyś przelatywała może w pobliżu naszego domu...
Żeby nie było, że tylko zima i zima, to może coś kolorowego tym razem. Torba typu 'messenger' z pięknej, batikowej tkaniny w etniczne wzory.
czwartek, 26 stycznia 2012
Diablo szuka domu... i miłości Człowieka
Diablo...
Ma około 5 lat. Został zabrany z przytuliska w Wólce Kozłowskiej, gdzie trudy życia w tragicznych warunkach dzielił z innymi psiakami. Zakratowana buda, głód, zimno, samotność i beznadzieja :( Dzisiaj przebywa w domu tymczasowym i pewnie powoli zaczyna wierzyć, że życie psa może wyglądać zupełnie inaczej. Nie zawiedźmy go, nie odbierajmy mu tej wiary. Dobry dom stały i przyjaźń odpowiedzialnego człowieka to wszystko, czego Diablo potrzebuje...
Tak wyglądało jego życie w przytulisku:
A oto wątek Diablo na Facebooku, gdzie można zapoznać się ze szczegółami na jego temat i zasięgnąć informacji w sprawie adopcji:
http://www.facebook.com/#!/events/331626146868087/
Ma około 5 lat. Został zabrany z przytuliska w Wólce Kozłowskiej, gdzie trudy życia w tragicznych warunkach dzielił z innymi psiakami. Zakratowana buda, głód, zimno, samotność i beznadzieja :( Dzisiaj przebywa w domu tymczasowym i pewnie powoli zaczyna wierzyć, że życie psa może wyglądać zupełnie inaczej. Nie zawiedźmy go, nie odbierajmy mu tej wiary. Dobry dom stały i przyjaźń odpowiedzialnego człowieka to wszystko, czego Diablo potrzebuje...
Tak wyglądało jego życie w przytulisku:
A oto wątek Diablo na Facebooku, gdzie można zapoznać się ze szczegółami na jego temat i zasięgnąć informacji w sprawie adopcji:
http://www.facebook.com/#!/events/331626146868087/
wtorek, 24 stycznia 2012
sobota, 21 stycznia 2012
Babciom i Dziadkom...
... w dniu Ich Święta - wszystkiego najlepszego ;))) Ja, niestety, nie mam już ani Babci, ani Dziadka... i sama też chyba szybko babcią nie zostanę ;P O ile w ogóle, bowiem moje dzieci zawzięcie "karmią" mnie perspektywą świadomej swojej bezdzietności! Aczkolwiek, aczkolwiek... Moje starsze dziecię, poznawszy naocznie świat dzieciaczków przebywających w domu dziecka, deklaruje na dzień dzisiejszy świadomą adopcję. I chwała jej za to - oby jej nie przeszło...
wtorek, 17 stycznia 2012
Cyriakowi...
...za to, że przez półtora miesiąca dzielnie znosił trudy życia na Alasce, przemierzając tysiące kilometrów, czym tylko się dało, często w skrajnych warunkach pogodowych. I za to, że teraz, zamiast spokojnie po wszystkim odpoczywać, walczy z siarczystym mrozem w Pine Ridge ;)
Firefox, jesteś Wielki ;)))
Misiek w kropki macha do Ciebie łapką ;)
Firefox, jesteś Wielki ;)))
Misiek w kropki macha do Ciebie łapką ;)
wtorek, 10 stycznia 2012
Lawina absurdów
Żyjemy w państwie absurdów, niestety. O ile w ciągu roku to wszystko jakoś nam umyka i się "rozpływa", o tyle z jego początkiem absurdy te dają się szczególnie we znaki, przynajmniej w moim przypadku tak jest. Może dlatego, że wszelkie durnowate pomysły "za nas myślących", ustawy, przepisy i inne bzdety wchodzą najczęściej w życie z dniem 1 stycznia każdego roku... Mamy chyba najbardziej absurdalny (i zarazem najbardziej "zdzierczy") system podatkowy na świecie... absurdalny system ubezpieczeń... absurdalne przepisy adopcyjne... absurdalny system opieki zdrowotnej... absurdalny system edukacji... Absurd goni absurd chyba we wszystkich kilkunastu kodeksach :/
Wywalczyłam, dosłownie wywalczyłam (!), pudełko 30 tabletek dla mojego dziecka. Tabletek, które notabene należą się dziecku, jak psu zupa, ponieważ MUSI je przyjmować ciągle. Najpierw zostałam "wylegitymowana" przez personel w rejestracji przychodni ze wszystkich możliwych dokumentów, począwszy od wszelkich zgłoszeń do ZUS-u, po legitymacje rodzinne (które ponoć już rok czy też 2 lata temu miały przestać obowiązywać), dowody z banku poświadczające opłaty składek... Ta sama procedura ponownie w gabinecie lekarskim. Nie wiem, może na wypadek, gdyby pielęgniarka w rejestracji jakiś... hmm... niezbędny papierek jednak przeoczyła :/ Ba, okazało się, że zgłoszenie dzieci do ZUS-u jednak muszę skserować i załączyć do kartoteki (!), czyli kolejny rajd: "przychodnia - punkt ksero - przychodnia". Po kilkukrotnym bieganiu do przychodni stałam się szczęśliwą posiadaczką recepty na lek dla córki! Kiedy już myślałam, że wszystkie "schody" za mną, kolejny szok. W aptece zostałam ponownie "prześwietlona" i "wylegitymowana" z wszystkich możliwych papierów i papierków, dokładnie tych samych, które musiałam już dwa razy okazać w przychodni. Pomyślicie, że na tym koniec??? Otóż nie! Poproszono mnie o pozostawienie wraz z receptą ostatniego dowodu opłaty składki zdrowotnej i... numeru telefonu, na wypadek, gdyby coś jeszcze okazało się nie teges i personel apteki byłby zmuszony poprosić mnie ponownie "na dywanik" !!! Wręcz wyżebrane opakowanie niezbędnych dla zdrowia mojego dziecka tabletek, niosłam do domu niczym relikwię :/ Kolejna walka czeka mnie za dwa tygodnie, ponieważ na tyle wystarczy leku. Nie zdziwi mnie, jeśli tym razem będę musiała dostarczyć akty urodzenia wszystkich moich antenatów sprzed pięciu pokoleń, świadectwa szkolne z podstawówki i zaświadczenie o rozmiarze obuwia noszonego przez mojego dziadka ze strony matki...
Jakby tego było mało rok zaczynam nieciekawie, bowiem jutro w południe zaliczę pierwszy tegoroczny pogrzeb :((( Mam nadzieję, że jednocześnie ostatni...
Kolejny 'crazy wreath'... Tym razem biało - niebieski...
Wywalczyłam, dosłownie wywalczyłam (!), pudełko 30 tabletek dla mojego dziecka. Tabletek, które notabene należą się dziecku, jak psu zupa, ponieważ MUSI je przyjmować ciągle. Najpierw zostałam "wylegitymowana" przez personel w rejestracji przychodni ze wszystkich możliwych dokumentów, począwszy od wszelkich zgłoszeń do ZUS-u, po legitymacje rodzinne (które ponoć już rok czy też 2 lata temu miały przestać obowiązywać), dowody z banku poświadczające opłaty składek... Ta sama procedura ponownie w gabinecie lekarskim. Nie wiem, może na wypadek, gdyby pielęgniarka w rejestracji jakiś... hmm... niezbędny papierek jednak przeoczyła :/ Ba, okazało się, że zgłoszenie dzieci do ZUS-u jednak muszę skserować i załączyć do kartoteki (!), czyli kolejny rajd: "przychodnia - punkt ksero - przychodnia". Po kilkukrotnym bieganiu do przychodni stałam się szczęśliwą posiadaczką recepty na lek dla córki! Kiedy już myślałam, że wszystkie "schody" za mną, kolejny szok. W aptece zostałam ponownie "prześwietlona" i "wylegitymowana" z wszystkich możliwych papierów i papierków, dokładnie tych samych, które musiałam już dwa razy okazać w przychodni. Pomyślicie, że na tym koniec??? Otóż nie! Poproszono mnie o pozostawienie wraz z receptą ostatniego dowodu opłaty składki zdrowotnej i... numeru telefonu, na wypadek, gdyby coś jeszcze okazało się nie teges i personel apteki byłby zmuszony poprosić mnie ponownie "na dywanik" !!! Wręcz wyżebrane opakowanie niezbędnych dla zdrowia mojego dziecka tabletek, niosłam do domu niczym relikwię :/ Kolejna walka czeka mnie za dwa tygodnie, ponieważ na tyle wystarczy leku. Nie zdziwi mnie, jeśli tym razem będę musiała dostarczyć akty urodzenia wszystkich moich antenatów sprzed pięciu pokoleń, świadectwa szkolne z podstawówki i zaświadczenie o rozmiarze obuwia noszonego przez mojego dziadka ze strony matki...
Jakby tego było mało rok zaczynam nieciekawie, bowiem jutro w południe zaliczę pierwszy tegoroczny pogrzeb :((( Mam nadzieję, że jednocześnie ostatni...
Kolejny 'crazy wreath'... Tym razem biało - niebieski...
sobota, 7 stycznia 2012
Ten...
... kto wymyślił inwenturę w małej, jednoosobowej firmie niczym moja mała, "patchworkowa manufaktura", powinien się w piekle smażyć. Amen.
158 Buttons & Jeans, czyli dżinsowa torba na podszewce, na którą własnoręcznie, pracowicie, naszyłam 158 guzików... A że zdecydowana większość miała po 4 dziurki, to robota jakby podwójna :D
158 Buttons & Jeans, czyli dżinsowa torba na podszewce, na którą własnoręcznie, pracowicie, naszyłam 158 guzików... A że zdecydowana większość miała po 4 dziurki, to robota jakby podwójna :D
niedziela, 1 stycznia 2012
Noworocznie...
Czegóż mam Wam życzyć w Nowym Roku? Nie będę powielała życzeń, jakie od wczoraj słyszycie z ust osób najbliższych (i dalszych też), czytacie w setach maili i SMS-ów. Chciałabym Wam życzyć, by w Nowym Roku (najlepiej już na jego starcie) każdy z Was znalazł chociaż chwilkę czasu i przeczytał "Niosącą Radość" Krzysztofa Czarnoty. Życzę tego facetom i kobietom, młodym i starszym, żyjącym w związkach i zagorzałym singlom, wszystkim kochającym zwierzęta i tym, którzy za ich miłośników nigdy się nie uważali, wyznawcom kultu wielkiego miasta i miłośnikom wsi, niosącym bagaż doświadczeń i ubogim w doświadczenia życiowe, marzycielom i twardo stąpającym po ziemi, życiowym wojownikom i wszystkim, którzy wolą być bezpiecznie prowadzonymi przez życie przez kogoś innego, samotnikom z wyboru i lubiącym życie w tłumie. Życzę tego tym wszystkim, którzy uważają, że świat zmierza w dobrym kierunku, a pęd cywilizacyjny i związany z tym "wyścig szczurów" jest wybawieniem dla człowieka, i tym, którzy dostrzegają, że "nic dobrego z tego nie będzie"... Życzę wszystkim miłej lektury, zadumania i przemyśleń po jej przeczytaniu, odkrycia w sobie siły do walki o własne marzenia, wzięcia odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale też za ludzi (i zwierzęta), którzy darzą nas bezinteresownie głębokimi uczuciami.
[...] Jeśli konia nakarmisz, napoisz i wypuścisz na pastwisko, to on nie zamartwia się o to, czy jutro też będzie tak samo. Po prostu cieszy się życiem. A co robi człowiek? Bez przerwy zaprząta sobie głowę, jak ma żyć jutro, za rok, za dwadzieścia lat. Cały czas planuje wyłącznie przyszłość, a teraźniejszość przecieka mu przez palce. Poza tym uczę się od nich prawdziwego odczuwania. Tutaj miłość jest miłością, przyjaźń przyjaźnią, a za serce dostajesz serce, podczas gdy u ludzi wdzięczność jest towarem coraz bardziej deficytowym.
("Niosąca Radość" - Krzysztof Czarnota)
Niech Wam będzie słonecznie ;) Poduszka z klasycznym 'log cabin'. Sprzedana (Warszawa).
[...] Jeśli konia nakarmisz, napoisz i wypuścisz na pastwisko, to on nie zamartwia się o to, czy jutro też będzie tak samo. Po prostu cieszy się życiem. A co robi człowiek? Bez przerwy zaprząta sobie głowę, jak ma żyć jutro, za rok, za dwadzieścia lat. Cały czas planuje wyłącznie przyszłość, a teraźniejszość przecieka mu przez palce. Poza tym uczę się od nich prawdziwego odczuwania. Tutaj miłość jest miłością, przyjaźń przyjaźnią, a za serce dostajesz serce, podczas gdy u ludzi wdzięczność jest towarem coraz bardziej deficytowym.
("Niosąca Radość" - Krzysztof Czarnota)
Niech Wam będzie słonecznie ;) Poduszka z klasycznym 'log cabin'. Sprzedana (Warszawa).
niedziela, 25 grudnia 2011
Nie pamiętam...
...kiedy ostatni raz wigilijny poranek przywitał nas taką pogodą! Ciepło, mgliście, dżdżyście... Ktoś powiedził, że właśnie zima się zaczęła??? Czy aby na pewno???!!! Zdjęcia robione wczoraj, raniutko, na ranczu mojej przyjaciółki...
A kiedy mgła opadła, jakoś koło południa, wszystko wokół wyglądało tak:
![]() |
| Nad ranczem, nad lasem, nad polami - mgła... |
![]() |
| Tak, tak, zdjęcie zrobione 24 grudnia 2011r. ;))) |
I gdyby nie ubrane choinki, pod nimi prezenty, zastawiony stół i wybitnie świąteczna i gwarna przy nim atmosfera, nikt by nie przypuszczał, że mamy Święta ;) No, i może jeszcze fakt, że dopchałam się do Internetu dopiero dzisiaj po południu, też o tym świadczy ;)... Zwierzaki nie przemówiły - jakiś foch zbiorowy ;)
Wesołych Świąt!!!
![]() |
| Aniołek, uszyty i... sprzedany przed Świętami ;) Pojechał do Pani Hani K. do Warszawy ;) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































