czwartek, 17 kwietnia 2014

Fiolet...

Jakoś nas dzisiaj z koleżanką naszło na rozważania o kolorze fioletowym... Zapytana pod kątem moich zainteresowań szamańsko - magicznych o jego znaczenie w kwestii tego, co niewidoczne dla oczu, zaczęłam się zastanawiać, pod koniec tychże rozważań, jak często ów kolor występował w moich pracach. A że pamięć ma zawodna, a prac dużo, pogrzebałam trochę w folderach ze zdjęciami ;)
Poduszka o wymiarach 40 x 40 cm.


wtorek, 15 kwietnia 2014

Średnia wieku

Miałam dzisiaj okazję przebywać w pewnej firmie X; razem ze mną w pomieszczeniu około 10 osób - przedział wieku od 22 do około 54 lat (mnie, w wieku bliższym granicy górnej, pomińmy). Same kobiety... A oto i rozmowa, jaką podsłyszałam (celowo piszę "podsłyszałam", a nie "podsłuchałam", gdyż czasami niemożliwym się staje wyłączenie na bodźce słuchowe, niestety).
Do pomieszczenia wchodzi młody magazynier i rzuca w kierunku równie młodej brygadzistki:
- Będziemy mieli nowego magazyniera.
- Tak? A ile ma lat? Zaniży nam średnią wieku, czy zawyży?
- Rocznik 1985 - rzuca magazynier.
- Cooo???!!! Taki stary?!
- Nooo, a był jeszcze jeden kandydat! Rocznik 1982.
- Nieeeeee!!! - śpiewnie zawodzi brygadzistka.
- Ale staruch!!! - dorzuca jej zastępczyni.
...
Patrzę po twarzach kobiet i na niektórych widzę niesmak, zaskoczenie i zażenowanie... Co najdziwniejsze, uczestnicy dialogu to osoby, które właśnie pokończyły studia, więc -po pierwsze- są zaledwie kilka lat młodsze od "starego", przyszłego magazyniera, a -po drugie- stanowią, poprzez swoje wykształcenie wyższe, kwiat inteligencji polskiej. Przy zupełnie innej okazji, będąc w tejże firmie, zdarzyło mi się usłyszeć od tej samej brygadzistki, określenie pewnej pracownicy w wieku około 55-57 lat... "stara rura"! Zaczynam się zastanawiać, jakie pokolenie wypuszczamy obecnie z domów, szkół, wyższych uczelni?! Czy naprawdę w dzisiejszych czasach kult młodości, sieciówek, galerii handlowych, kart kredytowych, liftingu i botoksu tak poprzestawiał młodym ludziom w głowach, że kwestie upływu czasu ograniczają do własnego "JA TU I TERAZ" ???!!! A wszystko, co jest poza tym, nie istnieje? Jest niegodne zastanowienia? Jest niegodne szacunku?
Zastanawia mnie, jaki jest stosunek tych młodych ludzi do ich matek, ojców, babć, dziadków... Bo oni chyba istnieją, też gdzieś pracują, być może w środowisku... ludzi dużo młodszych od siebie! A co, jeśli i tam ktoś rzuca w kierunku matki wspomnianej brygadzistki "stara rura"???
Na jakim świecie ja żyję?! Od ukończenia szkoły średniej zawsze gdzieś pracowałam. W każdej firmie wśród pracowników mieliśmy patchwork płci, wieku, wykształcenia, pochodzenia społecznego i nigdy nie spotkałam się z takim brakiem szacunku! Wręcz przeciwnie! Zawsze imponowały mi osoby z dużym doświadczeniem, nie tylko zawodowym, ale też życiowym... Odkąd pamiętam, rozczulał mnie widok starych, pomarszczonych, spracowanych dłoni... Twarzy, na których każda zmarszczka oznaczała jakąś głęboką mądrość; i nie chodzi o mądrość wyczytaną z encyklopedii, czy grubych ksiąg, ale ze zwykłego, pełnego zmagań życia.
Cóż, może nieco ironicznie, pozostaje mi życzyć owej "młodej" brygadzistce dobrnięcia z takim "luzem i polotem" do emerytury, czyli do... 67. roku życia ;) O ile do tego czasu wiek emerytalny nie poszybuje ponownie w górę ;)

Żeby nie było całkiem "dobitnie" i smutno - coś kolorowego: kosmetyczka, wykonana techniką 'crazy patchwork'.



niedziela, 13 kwietnia 2014

Dla równowagi...

...po wczorajszym udanym wyjeździe na jarmark do Szreniawy, dzisiejszy wypad do gospodarstwa ekologicznego w Chudobczycach był totalnym niewypałem... Już pomijam fakt, że samo gospodarstwo Fundacji "Barka" w realu ma się nijak do tego przedstawianego w Internecie (czegóż to podrasowane zdjęcia nie sprzedadzą!), to opowieści "podopiecznych" o swojej przeszłości, snute w sposób luzacki, nad wyraz łatwy i wylewny, wydają mi się mocno wyreżyserowane. Jeśli miałabym wam powiedzieć, co ciekawego z gospodarstwa wynieśliśmy, odpowiem wam: NIC! Nie ma tam niczego, co być powinno. Poza dwudziestoma kilkoma owcami i dwudziestoma kilkoma kozami, poza dwoma "foliowcami" z posianą rzodkiewką i marchewką oraz dźwigającym się z ruin pałacykiem... pustka. Wiem, że dla tej instytucji każdy uratowany i wyciągnięty z dna człowiek jest wielkim sukcesem, ale jeśli pisze się i mówi o "gospodarstwie ekologicznym" na takich potężnych hektarach, to niech to chociaż po części ma ręce i nogi... Cóż, jako osobie pozytywnie patrzącej w przyszłość pozostaje mi wierzyć, że to, co najlepsze, dopiero przed tym gospodarstwem. Oby...
Tak więc jedynym plusem naszej wycieczki była jazda naszym busem w stylu 'hippie', wzbudzająca euforię zarówno wśród współpasażerów, jak i przechodniów na ulicach, a także wszystkich mijających nas kierowców, że o patrolach drogówki na trasie i panienkach tirówkach nie wspomnę ;)









sobota, 12 kwietnia 2014

Wiejskie praktyki czas zacząć...

Pisałam już, że jesienią poszłam na turystykę wiejską??? Pisałam! ;) Ten wybór, to dla mnie jak wygrana w bingo. Super kierunek, fajna szkoła, a przede wszystkim cudowni ludzie. Ja wychodzę z założenia, że w życiu nic nie dzieje się przez przypadek, a wszystkich ludzi, jakich spotykamy na naszej drodze, spotykamy "po coś", dlatego za każdego ludka z turystyki wiejskiej codziennie dziękuję losowi.
Przez całą jesień i zimę pilnie uczyliśmy się w szkolnych murach, więc naturalną koleją rzeczy było opuścić je wraz z nadejściem wiosny ;) Tak oto zaczęliśmy "wiejskie praktyki", czyli nasze wycieczki po gospodarstwach i innych miejscach godnych uwagi. Dzisiaj na pierwszy ogień poszło Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno - Spożywczego w Szreniawie, a okazja tym fajniejsza, że dzisiaj i jutro odbywa się tam Jarmark Wielkanocny.
Ludzie walą całymi rodzinami, bo faktycznie jest tutaj na co popatrzeć. Największa frajda dla dzieciaków, gdyż niewiele jest takich miejsc, gdzie mogą się dowiedzieć, jak to "drzewiej na wsi bywało". Poza tym zwierzaki "na żywo", więc mit z fioletową krową, od której mamy czekoladę, pęka, jak bańka mydlana ;D
A jarmark, jak to jarmark... Urocze, wiejskie "mydło i powidło" - od plastikowego badziewia, poprzez nostalgiczne baloniki na drucikach, po piękne, polskie rękodzieło... Najwięcej jednak punktów gastronomicznych z żarełkiem. Polskim, swojskim - a jakże! Wielkie bochny chleba, szyny i kiełbachy, a nawet piwa z całego świata; najdroższe ponad stówkę za butelkę ;P... I tutaj pojawił się problem! Nikt nie pomyślał o tych, którzy mięcha nie jedzą! Wiecie, jaki ja, wegetarianka, miałam problem, by wrzucić coś na ząb?! Okrążyłam wszystkie kramy chyba ze dwa razy, by w końcu na jednym, jedynym znaleźć paszteciki z kapustą i grzybami! To wszystko!!! Mimo bogatych wrażeń wzrokowych, wróciłam głodna nieco ;)

Ja, rękodzielnik, już tak mam, że na każdym tego typu jarmarku, wysupłam z tłumu jakichś innych rękodzielników - mistrzów w swoim fachu, by pozachwycać się ich pracami, pomiziać, podotykać (oczywiście, prace! :D ). I tym razem tak było... Już przy "pierwszym okrążeniu" rzucił mi się w oczy kramik z przepięknymi pracami Magdy i Jacka Tesławskich z "Osady Krajeńskiej". Drewniane naczynia tak cudnej urody, wykonane z taką starannością, a jednocześnie zachowujące rustykalny, wiejski styl, że mogłabym stać i głaskać każde z nich godzinami.
Dla Waszej informacji podam namiary na autorów tych cudeniek, bo warte są uwagi ;)
www.osadakrajenska.pl
http://teslawscy.blogspot.com/





Jeśli jesteśmy przy drewnie, to natknęłam się również na takie ciekawe rzeźby, ale autora, niestety, nie namierzyłam ;)
I jeszcze kilka migawek "muzealnych" ;)












środa, 2 kwietnia 2014

Focaccia z rukolą


Ludzie, jak ja uwielbiam proste potrawy! Takie, bym nie musiała nad nimi godzinami siedzieć w kuchni, bo jeśli chodzi o kucharzenie, to ja ogólnie leniwa jestem ;) Taka prawda, niestety... A wszelkiego rodzaju focaccie należą do takich właśnie potraw: proste, szybkie, z tego, co akurat pod ręką.
Dzisiaj focaccia z rukolą. Składniki podaję na przysłowiowe oko, bo -tutaj kolejna moja wada- jakoś mi nie po drodze z wyliczaniem wszystkiego na gramy.

ok. 3 szklanki mąki pszennej (w tych trzech szklankach jedna może być razową)
pół kostki drożdży
letnia woda (w sumie, nie wiem ile - na oko, żeby wyszło dobre ciasto; u mnie idzie około szklanki)
łyżka cukru
+/- 5 łyżek oliwy
sól, pieprz i inne przyprawy według upodobania (papryka, czosnek granulowany...)
rukola 

Drożdże rozkruszyć, wymieszać w misce z cukrem i letnią wodą, odstawić w ciepłe miejsce na 15-25 minut. Do przesianej mąki dodać oliwę, sól (i inne przyprawy) oraz wyrośnięty rozczyn drożdżowy. Wyrabiać ciasto tak długo, aż będzie odchodziło od ręki. W trakcie wyrabiania dodawać, w miarę potrzeby, mąkę lub wodę. Kiedy ciasto jest dobrze wyrobione, dodać do niego drobno posiekaną rukolę i ponownie wyrabiać. Odstawić, niech znów rośnie. Blachę do pieczenia wyłożyć papierem, folią lub zwyczajnie - posmarować oliwą. Ciasto rozwałkować na okrągłe placki lub nadać mu kształt formy, w której będzie się piekło - jak wam wygodniej. Wierzch ciasta posmarować oliwą i wstawić do piekarnika nagrzanego do temp. 180 - 190 stopni. Piec do lekkiego zrumienienia ciasta. 

Focaccia ma to do siebie, że można ją łatwo modyfikować, dodając ulubione zioła, pokrojone w plasterki pomidory (również suszone), oliwki, a jeśli ktoś jest "mięsny" (ja akurat jestem wege), również pokrojoną drobniutko szynkę. Można ją konsumować na ciepło lub na zimno, ale raczej tego samego dnia, kiedy została upieczona, gdyż należy do ciast twardych i po upływie 24 godzin, jeśli nią w kogoś rzucimy, możemy zrobić krzywdę :D


sobota, 1 marca 2014

Lecą! Lecą!!!

Nadlatują! :)))
Dzisiaj nad Poznaniem od rana ogromne, ooooogroooomne klucze dzikich gęsi! Co prawda pierwsze widziałam już jakieś 3 tygodnie temu, ale kiedy człowiek może przyjrzeć im się w takiej ilości zmasowanej, to od razu weselej, i energia jakaś taka w człeka wstępuje, i snu tyle nie potrzebuje, i robota pali się w rękach... Wczoraj na fb ktoś wrzucił fotki pierwszych w tym roku bocianów! Powiem jedno - zima może w tym roku była krótka, ale na jej powrót, nawet w ilości minimalnej, ochoty nie mam. I kiedy jej na zewnątrz nie widzę, to spycham ją gdzieś w zakamarki mojej świadomości (podświadomości też :D) i niech tak zostanie. Czujność moją budzi czasami, wczesnym rankiem, szuranie skrobaczek po szybach samochodów, jakie dociera do mojego ucha, ale kiedy już wstanę, zerknę w okno, i jest, jak być powinno, to oddycham spokojnie :)

Na zewnątrz jasno, świeżo i wiosennie, więc i prace niech takie będą. "Paper Bag Clutch" - czyli torebka kopertówka, nawiązująca swym kształtem do klasycznej... torby papierowej. Od kilku już sezonów ma ją w swoich kolekcjach większość bardziej znanych projektantów, od Jil Sander począwszy, na Marie Turnor skończywszy, ale jako, że ja jestem fanem toreb i torebek z tkanin, takie też są i moje 'paper'. Szyłam je już z drelichu, ale też w wersji bardziej wyjściowej - z mieniących się tkanin obiciowych (tak, jak ta beżowa poniżej). Powiem tak - może są niezbyt wygodne w noszeniu, bo trzeba je zwinąć w rulon u góry (ja swoje dla ułatwienia zaopatrzyłam w magnes) i uchwycić dłonią, ale swój urok i coś niepokojąco urokliwego w sobie mają. Dowód? Cieszą się największym "braniem" wśród modelek i dziewczyn w inny sposób związanych ze światkiem mody.





niedziela, 26 stycznia 2014

Zimowe Ptakoliczenie

Wczoraj i dzisiaj kolejny już raz, pod patronatem Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków, odbywało się "Zimowe Ptakoliczenie" - bardzo fajna inicjatywa, polegająca na obserwacji i zliczaniu ptaków w najbliższej okolicy. Miałam przyłączyć się do zorganizowanej grupy, ale mnie obowiązki (egzaminy w szkole!) wykluczyły, więc dzisiaj raniutko ruszyłam do akcji sama :D Mróz całkiem spory, więc darmowa krioterapia zaliczona przy okazji ;) Obrałam sobie trasę niezbyt długą, bo wzdłuż brzegu Warty "w kółeczku", między mostem na Hetmańskiej, a Mostem Św. Rocha. Jakie ptaszki napotkałam? Kaczki krzyżówki, mewy śmieszki, dwie mewy królewskie, gawrony, wrony, kawki, zaledwie dwa wróbelki, sikorki bogatki, jeden dzięcioł (ale nie potrafię go określić, gdyż tak się ukrył sprytnie w konarach, że ledwie go widziałam - za to słyszałam świetnie), sroki i cała masa kwiczołów... Kwiczołów nb. mamy tegorocznej zimy całe zatrzęsienie na ratajskich osiedlach; oblegają jarzębiny, kaliny i wszelkie krzewy, na których zostały jeszcze jakieś jagody ;) Moja Cyntia była świadkiem, jak całe stado "strzelało"... kałem! Ponoć widok niesamowity :D  Gdzieś wyczytałam, że jest to m. in. ich sposób na radzenie sobie z zagrażającymi im drapieżnikami. Podobno taki zmasowany atak potrafi skutecznie posklejać pióra nawet dużego drapieżnika i częstokroć nieszczęśnik ginie!
Przy okazji dzisiejszego ptakoliczenia mogłam pozachwycać się ogromną krą spływającą Wartą. Zawsze ten widok przerażał mnie i fascynował jednocześnie. Głęboki pokłon w stronę żywiołu, natury i... kaczek krzyżówek, które, nie wiem jakim sposobem, świetnie sobie z tym radzą. Zadziwiają ich maleńkie ciałka przemykające wśród dryfującej kry...





Żeby przełamać szarość zimowych zdjęć, coś kolorowego - szmaragdowe, aksamitne kopertówki ;)





wtorek, 31 grudnia 2013

Z Nowym Rokiem ;)))

Oj, nie było mnie tutaj!!! Szmat czasu, jak to się mówi u nas w Poznaniu ;) Ola "pukała" do mnie w komentarzach, kilka osób w mailach... Ciężki był to dla mnie rok. Problemy ze zdrowiem, jakie pojawiły się wiosną i reakcje lekarzy, którzy bezradnie rozkładali ręce, skutecznie mnie przyhamowały, zarówno w działalności zawodowej, jak i w każdej innej. Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Czy mnie wzmocniło? Może w pewnym sensie tak, ale na pewno po raz kolejny zmusiło do przewartościowania pewnych spraw w życiu, przetasowania ludzi, którzy się w nim pojawiali kiedyś i obecnie, bo w obliczu choroby wyszło, kto podał mi rękę, a kto się zwyczajnie na mnie wypiął. Bolesne to są momenty, kiedy nagle otwierają się oczy i ból duszy trudniej znieść niż ból fizyczny, spowodowany chorobą... Wykaraskałam się i chociaż ciągle jadę na lekach (obecnie w minimalnych już ilościach), to mogę dzisiaj spokojnie powiedzieć: będzie dobrze ;)
Lato przeleciało - raz na wozie, raz pod wozem... Jesień smutna. W dniu 24 października musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu - decyzję o eutanazji mojej ukochanej Nuki. Była bardzo chora i mimo, iż walczyłyśmy do ostatniej chwili, choróbsko wygrało. Odeszła na moich rękach, wtulona w moją twarz, a ja do ostatniej chwili szeptałam jej do ucha wszystkie najpiękniejsze słowa miłości, jakie tylko znam... Minęły dwa miesiące, a ja nie mogę pogodzić się z jej odejściem: czuję jej ciężar nocą na kołdrze, mam wrażenie, że kręci się pod moimi nogami w kuchni, widzę ją leżącą na łóżku mojej córki i bardzo często czuję jej zapach. Jest. Ciągle ze mną jest... A ja tęsknię.
Od października zachciało mi się uczyć i zostać w przyszłości... rolnikiem :D Poszłam na turystykę wiejską, a za chwilę planuję zrobić technika weterynarii, więc sporo jeszcze przede mną :D

I tak oto wchodzę w Nowy Rok z bagażem wyniesionym ze starego, ale z nadzieją, że to, co dobre, stanie się jeszcze lepsze, a to, co złe, ulegnie cudownej przemianie :))) Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma żadnej magii w przejściu z 31 grudnia w 1 stycznia, więc praktycznie każdy następny dzień będzie zwyczajnie ciągiem dalszym, ale postanowienia swoje mam :D A jakże! :)))
W tym Nowym Roku życzę Wam wszystkim samych radosnych chwil, zdrowia, miłości bliskich, prawdziwych i sprawdzonych przyjaźni, spełnienia marzeń - tych wielkich i tych całkiem malutkich... I żeby Wam było kolorowo :)))

Odjazdowa, niezwykle kolorowa podkładka pod talerz, wykonana techniką crazy patchwork.



czwartek, 15 sierpnia 2013

W porannej pogoni za grzywaczami

Kilka miesięcy temu moja koleżanka, mieszkająca we wschodnich rejonach Polski, napomknęła w rozmowie o "ptasim albumie", jaki tworzy jej syn. Łukasz wtedy był na etapie wszelkich "gołębiowatych" i brakowało mu grzywacza, którego u nich dość trudno spotkać. Z kolei na łączkę, na którą wychodzę codziennie z psem, przylatuje codziennie o świcie dość spore stadko. Najpiękniej wyglądają, kiedy łąkę spowija jeszcze smużka porannej mgły... Obiecałam koleżance, że spróbuję "upolować" je kiedyś z aparatem i zasilić zdjęciami album jej syna.
Dzisiaj raniutko wychodzę z psem i widzę wymarzoną scenerię: stadko siedzi sobie na trawie, poranna mgła, a w tle wschodzące słońce. Odstawiłam psa, pobiegłam po aparat i kiedy już, już przymierzyłam się do pstryknięcia fotki... trach! Coś huknęło w okolicy i grzywacze poderwały się błyskawicznie. Koniec sesji!
Ale jak już stałam z tym aparatem tak samotnie, pognało mnie nad Wartę... Człowiek w tygodniu zagoniony, nie zauważa zmian w przyrodzie, a tutaj się okazuje, że w tym roku nieco przedwcześnie stanęliśmy na granicy lata i jesieni!
Z jednej strony niby wszystko jeszcze zielone...
Poranna rosa na... zielonej jeszcze trawie ;)



 ...a z drugiej strony robi się jesiennie!




Jeden "samotnik" gdzieś się zaszył w krzakach i był bardzo zdziwiony, że go namierzyłam ;)

A teraz coś w temacie: "Natura w obliczu działalności człowieka" :/

Ptasi 'fast food' :/

Skutek "ustawy śmieciowej": jeśli samorząd nie wie, co zrobić z tzw. gabarytami, mieszkańcy znajdą inny sposób, by się ich pozbyć :/
 Dobrze, że zrobiłam sobie spacerek wczesnym rankiem, gdyż niebo nad Poznaniem zrobiło się później niezwykle "ciekawe" ;)))


Ale to nic... Na kilka najbliższych dni zapowiadają powrót tropikalnych upałów, więc jeszcze się trochę posmażymy u schyłku lata ;)
A propos tropików... Dziecięce podkładki pod talerze ;)