wtorek, 14 maja 2013

Guzik prawda!

Moi Drodzy mniej lub bardziej szyjący! Chciałabym w imieniu organizatorów i moim własnym zaprosić Was na ciekawe wydarzenie i... konkurs!





Fajna nagroda, więc powalczyć warto ;)
A co ja mam z tym wspólnego? Otóż w niedzielę, 16 czerwca będę miała przyjemność w ramach tejże imprezy poprowadzić warsztaty patchworku. Zapraszam!
Z reguły na takich kilkugodzinnych warsztatach patchworkowych, gdzie stopień zaawansowania uczestników bywa różny, szyje się rzeczy proste: poduszka, makatka... coś w kwadracie, coś w prostokącie... Ja tym razem postanowiłam być przekorna i obmyśliłam sobie, że będziemy szyć letnie torby z aplikacjami we wszelkich możliwych technikach (a aplikacja ma tych technik sporo!). Lato przed nami, więc taka kolorowa, patchworkowo - aplikowana torba przyda się każdej z nas (a może i każdemu, gdyż dla panów drzwi są otwarte :D).

A żeby nie było, że łapki Shayneen'owe tylko przy patchworku ujrzeć można... oto i one we własnej osobie :D Na grubej, celowo wizualnie "postarzanej"  torbie drelichowej. Torba do kupienia w mojej galerii w Pakamerze.






czwartek, 4 kwietnia 2013

Zima...

Kurczę, co to się porobiło, żeby w kwietniu na blogu wrzucać tytuł: "Zima..." :) Od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie, że pory roku zaczęły podlegać polskiemu systemowi emerytalnemu. W związku z powyższym należy przypuszczać, że zima odpuści... za 67 lat :D


Taka sobie ciepła kołderka (na bardzo grubej ocieplinie) dla maluszka ;)



niedziela, 24 marca 2013

Ja chcę wiosnę!

Palec pod budkę, kto jeszcze podziela moje pragnienia!


Uszyte przeze mnie dwie kraciaste, wełniane torby... Może ze względu na swój zimowo - wiosenny charakter, pozwolą i w naturze przejść tak płynnie porom roku, bo póki co, jakoś im się nie chce: zima nie odpuszcza, a wiosna coś leniwa ;)





poniedziałek, 18 marca 2013

Szyciowy Blog Roku 2012

W dniu dzisiejszym ruszyła możliwość głosowania w konkursie "Szyciowy Blog Roku 2012", w którym to mój blog "Rustic Nook" startuje w kategorii "Osobowość" ;) Zatem jeśli uważacie, że ten blog coś komuś daje (oprócz samej autorki :D), w czymś pomaga i w ogóle - że pisanie go ma sens, zapraszam do głosowania. Wystarczy kliknąć w baner poniżej, a potem w "Głosuj" obok wyświetlonego mojego bloga na stronie konkursu:
http://www.szyciowyblogroku.pl/zgloszenie/rustic-nook/


Za każdy oddany głos z góry dziękuję ;)
Oczywiście osoby, które zagłosują i podają swój adres mailowy, mają szansę w losowaniu dodatkowych nagród.

niedziela, 17 marca 2013

Pierzemy patchwork ;)

W związku z tym, że co jakiś czas padają pod moim adresem pytania, jak radzić sobie z praniem patchworków, postanowiłam na powyższy temat coś tutaj skrobnąć; łatwiej mi będzie w przyszłości podlinkować ten post, bez konieczności powielania odpowiedzi (no bywam leniwa, bywam ;P).
Prać te patchworki własnoręcznie "na mokro", czy oddać do pralni (chemicznej, ekologicznej...)? Odpowiem szczerze: nigdy żadnego mojego patchworku nie oddawałam do pralni, wszystkie prałam własnoręcznie. W przypadku typowych patchworków (nie quiltów!), pikowanych gęsto maszynowo, popełniałam niekiedy pranie w pralce, ustawiając program prania delikatnego i temperaturę maksimum 30 stopni. Żaden nie ucierpiał i myślę, że są mi wdzięczne za to, że nie trułam ich chemią w pralni chemicznej. Bo, powiedzmy sobie szczerze, to, czym są traktowane rzeczy w pralniach, nie zostaje do końca wypłukane i wraca w... hmm... czystej rzeczy do naszego domu. Zastanawialiście się, dlaczego zaleca się wyrzucić natychmiast worki, w których wydają rzeczy z pralni? No właśnie... A teraz weźcie pod uwagę, ile tego świństwa może wrócić w takim wypchanym ociepliną patchworku. Masakra! Dlatego nie ma co się bać, tylko zakasać rękawy i do roboty! Znaczy się - do prania ;D
O ile nie przeraża raczej pranie ręczne "małych form" patchworkowych, to rozumiem, że dla osoby, która nigdy tego nie robiła, pranie dużego patchworku (pledu, narzuty, makaty) może być nie lada wyzwaniem. Nie bójcie się, dacie radę! Do dzieła!
Przyjmuję, że posiadacie w domu sprzęt zwany wanną ;) Ja obecnie posiadam, ale był czas, kiedy (mieszkając jeszcze w Gnieźnie) wpadłam na "genialny" pomysł, coby wannę z łazienki usunąć, zastępując ją brodzikiem. Do dzisiaj twierdzę, że pomysł ten znalazł się w pierwszej piątce popełnionych przeze mnie życiowych głupot. Teraz już wiem, że o ile wanna w stu procentach może pełnić funkcję brodzika, o tyle w drugą stronę to nie idzie, niestety ;/ ... Dla tych, którzy jednak wanny nie posiadają, wyjściem jest zaopatrzenie się w wielgachną michę (z wysokimi brzegami), która wpasuje się w nasz brodzik.
Dobra, wracamy do pracy... Mamy do wyprania duży pled... Składamy go wzdłuż na pół, wierzchnią stroną do środka, a potem jeszcze raz na pół; powstał nam wąski pas czy też rulon - zwał, jak zwał. Do wanny nalewamy wody o temperaturze około 30 stopni, dolewamy nieco delikatnego środka piorącego w płynie (może być do wełny, jedwabiu itp.) i dobrze mieszamy. Nasz rulon na długość się nie zmieści, bo raczej nie mamy wanny długiej na ponad 2 metry (chyba, że ;D), więc składamy go jeszcze na pół i zanurzamy w wodzie. Jeśli stwierdzimy, że wody jest troszkę za mało i nie przykrywa pledu, dolewamy. Zostawiamy na 15-20 minut (spokojnie zdążymy wypić kawę). Następnie wyciskamy, nie szarpiąc i nie pocierając (!), zachowując cały czas formę rulonu. Wyciskamy, wyciskamy, wyciskamy... dociskając od czasu do czasu do dna wanny. Kiedy stwierdzimy, że pled "pozbył się" brudu, przesuwamy nasz rulon w tę część wanny, gdzie mamy lekki spad, czyli "partię pleców" :D Wyciągamy z wanny koreczek i pozwalamy brudnej wodzie wylecieć... Ponownie zatykamy wannę i powoli dolewamy czystej wody o temperaturze 30 stopni w takiej ilości, by przykryła pled. Delikatnie wyciskamy, zachowując formę rulonu. Po wypłukaniu (częściowym, wiadomo!) środka piorącego, nasz rulon ponownie wędruje w "partię pleców", a woda zostaje wypuszczona... I tak jeszcze raz, dwa lub trzy - zależnie od tego, ile jeszcze środka piorącego siedziało w patchworku. Uwaga! Nie dodajemy do płukania środków zmiękczających do tkanin!
Kiedy uznamy, że kończymy płukanie, wypuszczamy resztę wody, a rulon przesuwamy możliwie wysoko na brzeg wanny i pozostawiamy na godzinkę, dając wodzie spłynąć w jak największej ilości, co zdecydowanie zmniejszy wagę naszego pledu... Fajnie jest mieć mocny, gruby kij (np. bambus), który można zawiesić na brzegach wanny i na nim przewiesić zwinięty rulon. Jeśli jednak czymś takim nie dysponujemy, a mamy mocny sznurek nad wanną, jest OK.
Teraz zaczyna się praca, która wymaga od nas najwięcej siły fizycznej :D Bierzemy bowiem nasz rulon i, nie rozwijając go, bo porobią nam się "ogony" od ciężaru wywołanego ogromem spływającej wody (!), wieszamy na sznurku przez pół. Zostawiamy, aż nadmiar wody spłynie (myślę, że godzinka - półtorej wystarczy). Następnie rozwijamy rulon o połowę, czyli w rezultacie będziemy mieli teraz pled złożony na pół, i znów zostawiamy na jakiś czas. Kiedy widzimy, że woda już tylko sobie z naszego pledzika kapie, możemy rozwinąć go na całą szerokość... i czekać, aż całkowicie wyschnie ;)... W trakcie suszenia, kiedy pled jest wilgotny, możecie go od czasu do czasu przesuwać do przodu i do tyłu, by nie robiły się mocne wgłębienia od sznurka.
I tym sposobem wypraliście własnoręcznie (!!!) swój patchwork. Naprawdę! Możecie być z siebie dumni! No i ja też jestem z was dumna ;)
Ten system prania patchworków jest wypracowany przeze mnie przez lata i nigdy nie zawiódł. Normalnie, patent Shayneen :D Nie wiem, czy udało mi się zrozumiale i "obrazowo" wszystko opisać, więc gdyby były jakieś pytania,  to chętnie wyjaśnię.
I jeszcze jedno... Hmm... Tak mi trochę niezręcznie, ale... Ten opis jest mój własny i proszę o uszanowanie tego. Zdarzyło się bowiem, że niejaka pani I. swego czasu "popełniła" w Internecie artykuł, w którym "wyjaśniała" różnicę między patchworkiem a quiltem, posiłkując się mocno moim wpisem na blogu i podpisując swoim nazwiskiem. Przestawienie szyku wyrazów w zdaniu nadal pozostaje plagiatem, więc jak już coś od kogoś z bloga "pożyczamy" (żeby nie powiedzieć dosadniej), czy to teksty, czy coś innego, warto (a nawet trzeba!) zapytać autora o zgodę, poinformować, a już na pewno podlinkować do źródła!

Na koniec kolejny króliczek w crazy patchworku ;)





piątek, 1 marca 2013

...

Gdy przemykałam dzisiaj uliczkami Osiedla Literackiego, przecięła mi drogę pierwsza w tym roku biedronka, a nad głową przeleciał pierwszy klucz dzikich gęsi ;)
Wiosna idzie!


czwartek, 21 lutego 2013

Mega wyprzedaż!!!

Postanowiłam zrobić mega wyprzedaż moich prac w "Pakamerze". Kryzys dopada przedsiębiorców, kryzys dopada klientów... Wszyscy liczymy każdy grosz, ale nie chcemy rezygnować z przyjemności (w tym także z zakupów :D), bo coś nam się w końcu od życia należy. Dlatego zapraszam na zakupy ;)

http://www.pakamera.pl/shayneen-0_s12049771.htm

Sporo prac przeceniłam - i tych tanich, i tych droższych. Gdybyście mieli jakieś pytania, to oczywiście z prawej strony w pasku bocznym są moje namiary.
A na "wyprzedaży" m. in. ta patchworkowa chusta, przeceniona ze 130,00 PLN na 111,00 PLN (czyli na przesyłkę już jest ;D).



poniedziałek, 4 lutego 2013

Masowe szycie pledów i pledzików

Jak w temacie, czyli masowe szycie pledów i pledzików czas zacząć :) Nie wiem, co to za reguła co roku, ale jak przychodzi przełom stycznia i lutego, to masowo napływają zapytania i zlecenia na pledy, a w szczególności na pledziki dziecięce. Prowadzę sobie taką małą statystykę i okazuje się, że właśnie w lutym sprzedaje mi się najwięcej pledzików dla dzieciaczków (w ubiegłym roku sprzedałam prawie wszystkie zalegające :D). W tym roku "powtórka z rozrywki" ;) A mówią, że mamy niż demograficzny!

Zatem zabieram się do roboty!

A to taki pledzik "2 w 1", zamówiony przez Panią Joasię, który w ubiegłym tygodniu pojechał do Swarzędza. Dlaczego "2 w 1"? Ponieważ oprócz funkcji typowego pledzika, gdy potrzeba, na co dzień będzie sobie wisiał spokojnie nad łóżkiem jako makatka i chronił głowę dziecka przed nieprzyjemnymi spotkaniami z twardą ścianą. W tym celu ma dodatkowo, lekko wzmocniony jeden z dłuższych boków i podszytych 5 malutkich pętelek do zawieszenia.





środa, 30 stycznia 2013

Do góry nogami

Czy ktoś z was może mi wytłumaczyć, dlaczego wszelkie gazetki i foldery reklamowe są w ostatnich czasach masowo drukowane dwustronnie? Jakoś nie kumam koncepcji... Jako do prywatnego przedsiębiorcy, docierają do mnie co dwa tygodnie gazetki z "Selgrosu" i szlag mnie trafia, kiedy muszę żonglować nimi, żeby cokolwiek przejrzeć, bo gazetka od połowy jest "do góry nogami"! Dzisiaj wyciągam ze skrzynki gazetki dwóch innych firm i one też są "wewte i w tewte" - jak mawiała moja mama :/ Może komuś nie robi to różnicy, ale ja jestem typowym przykładem "tyłoprzeglądacza" i wszelkie czasopisma, dokumenty, albumy, książki zaczynam przeglądać i kartkować od końca, więc kiedy wpada mi do ręki taki dwustronny dziwoląg, widzę do góry nogami. Odwracam "to to" wtedy do pozycji prawidłowej, ale odruchowo i tak spoglądam na ostatnią stronę... i znów mam do góry nogami! Rekompensatą za zszargane nerwy bywają dwie strony środkowe, bo chociaż jedna z nich jest w pozycji prawidłowej :D
Próbowałam pytać o sens powyższego wielu znajomych, ale jak się okazuje, oni też nie potrafili mi tego w żaden sposób wytłumaczyć. Znaczy - nie tylko ja nie kumam ;D

Dziecięce poduszki w patchworku klasycznym. Wymiary: 40 x 40 cm.




sobota, 29 grudnia 2012

Prośba: zadbajcie o bezpieczeństwo swoich zwierząt w Sylwestra!

Jeszcze dwa dni do Sylwestra, a my, animalsi, już mamy pierwsze niepokojące zgłoszenia. A to komuś pies zerwał się ze smyczy, a to znaleziono jakieś trzęsące się nieszczęście z obrożą lecz bez chipa w krzakach nad Wartą, a to biegający kundelek, ciągnący za sobą smycz i nie dający się złapać, za którym kolega - animals ugania się przez pół Poznania... Od kilku dni słyszymy durne, "próbne" wystrzały, chociaż podobno przepisy mówią o tym, że można tylko w Sylwestra i Nowy Rok :/ Tylko kto to kontroluje? Najbardziej, jak co roku, cierpią na tym nasze zwierzaki. Dlatego proszę Was, dla dobra naszych zwierząt i naszego spokoju, przypnijcie chociaż na tych kilka dni swoim zwierzakom adresatki z imieniem zwierzaka i swoim numerem telefonu. Nawet, jeśli zwierzak jest zaczipowany, adresatka daje o wiele więcej. Jeśli ucieknie nam psiak, a znajdzie go jakaś prywatna osoba, to wiadomo, że nie jest ona w posiadaniu czytnika czipowego i łatwiej namierzy nas po adresatce. W ogóle, wtedy cała "procedura poszukiwawcza" staje się o wiele bardziej skuteczna nawet dla nas - animalsów.
Słyszałam wielokrotnie tłumaczenia właścicieli, że ich pies nie potrzebuje, ponieważ nie boi się wystrzałów, wręcz stanowi to dla niego sygnał do zabawy. Zgadza się - są też takie psy, ale pamiętajmy, że nawet jeśli pies przejawiał tego typu "fascynacje" przez kilka lat, to nie mamy pewności, że w tym roku będzie tak samo. To żywa istota, której "preferencje" także z wiekiem się zmieniają! To troszkę tak, jak z nami: kiedy byliśmy dzieciakami, fascynował nas huk, petardy, błyski itd., ale z biegiem lat nam przechodzi i dzisiaj niekoniecznie lubimy cały ten "sylwestrowy bałagan"!
W ubiegłym roku mieliśmy przypadek owczarka niemieckiego, który zareagował strachem na huk petard za płotem, u sąsiada, przeskoczył wysoki płot... i tyle go widziano. Na szczęście animalsi znaleźli go po tygodniu. Właściciele właśnie tym się tłumaczyli, że pies NIGDY przedtem nie reagował strachem. Hmm... Nigdy, aż przyszedł ten pierwszy raz, niestety :(
Dlatego proszę Was, jeśli dotychczas tego nie zrobiliście, byście poświęcili kilka minut, porobili adresatki i natychmiast przypięli do obroży swojego pupila! To nie musi być nic skomplikowanego o "artystycznym" wyrazie ;) Ot, zwykły kawałek plastiku, sztywnej folii, na której napiszecie niezmywalnym markerem imię psa i swój numer telefonu. Dziurka zrobiona dziurkaczem lub grubą igłą, kawałek sznurka, mocnej nitki, żyłki i... o ileż bezpieczniejszy będzie Wasz zwierzak, a Wy spokojniejsi!

Nigdy tego nie robię, ale jeśli tym razem podlinkujecie ten post na swoich blogach, fejsie czy gdziekolwiek, to się nie obrażę, a wręcz przeciwnie - uznam, że przyniesie to wszystkim wielką korzyść.
W imieniu swoim, wszystkich animalsów w Polsce i... wszystkich zwierzaków z góry dziękuję ;)





środa, 26 grudnia 2012

W świątecznym zadumaniu...

Boże Narodzenie to dla mnie zawsze czas przemyśleń. Nie chodzi mi jednak o "zadumania" religijne, ponieważ ta otoczka religijna związana ze świętami jest mi obca, ale o takie zwykłe, ludzkie podsumowania. W tych dniach, jak w żadnych innych, wspomnienia tego, co się wydarzyło, bombardują mnie emocjonalnie ze zdwojoną siłą. Podwójnie cieszą rzeczy dobre, które miały miejsce w minionych miesiącach, podwójnie bolą też krzywdy wyrządzone na mojej osobie. To takie uczucie rozpierającej od wewnątrz radości, zroszone łzami kapiącymi do środka... Trzy dni przeznaczone na rozrachunek ze światem i samym sobą...
To takie dni, kiedy "wyłazi", kto jest ze mną, a komu ze mną nie po drodze. Stąd te moje słynne już wśród znajomych "kartki oczyszczające", które piszę mniej więcej od połowy października, by zdążyć przed wigilijnym porankiem i wysłać je masowo. "Kartki", które w mniejszej bądź większej ilości zdań zawierają słowa: dziękuję za... , przepraszam za... , proszę o..., pamiętam, że..., chciałabym,  aby... i wiele innych, którymi za coś chcę podziękować, którymi coś chcę naprawić, w których chcę czegoś życzyć. W tym roku wysłałam ich 56, spośród 58 napisanych (z dwóch "wstrzymanych" jedna poszła do "kosza", gdyż stwierdziłam, że wysłanie jej nie ma już sensu, druga z kolei "leży" zapisana w kopiach roboczych, obok swoich poprzedniczek z dwóch lat ubiegłych, ponieważ... no, mniejsza o to...). Kilkoma z wysłanych kartek udało się "połatać" to czy tamto lub chociaż wyjaśnić nieporozumienia; innymi - umocnić to, co i tak jest mocne, jak skała.
Święta, to także czas nieustannych powtórek w naszej polskiej telewizji, na które ja rokrocznie psioczę ;) Czasami trafi się jednak filmy, który obejrzę razem z dzieciakami, i który pozwoli nam się wspólnie nad czymś "zatrzymać". Wczorajszego wieczoru - film, w którym Emma Thompson w kapitalny sposób zagrała niezbyt urodziwą nianię, obdarzoną magiczną mocą. I jedno zdanie wypowiedziane przez nią w tym filmie: "Gdy mnie nie lubicie, ale potrzebujecie, zostaję. Gdy mnie lubicie, ale nie potrzebujecie - odchodzę." To zdanie, to takie walnięcie w głowę, ponieważ nagle zdałam sobie sprawę z tego, że ja czasami tak właśnie postępuję! Postąpiłam tak także w tym roku, kiedy rzucone w moim kierunku słowa: "Ale ja cię uwielbiam" w rzeczywistości były cały czas podszyte czynami o treści: "Nie potrzebuję cię!" W takim wypadku nie pozostało mi nic innego, jak przestać robić za piąte koło u wozu i postąpić niczym "magiczna niania".

Moja przedświąteczna wizyta w bibliotece też w konsekwencji wymusiła łańcuszek przemyśleń. Na którejś półce przykuła moją uwagę książka Bożeny Figarskiej "Seksualność sukcesu i pieniędzy". Zapewne bardziej ze względu na intrygujący tytuł niż treści, na jakie wskazywał. W każdym razie wypożyczyłam i zaczęłam czytać. Dobrnęłam z łatwością do połowy, bo książka okazała się świetnie, lekko napisana i fajnie się ją czytało. Przedtem nic nie wiedziałam o autorce, gdyż po tego typu książki sięgam dość rzadko, więc naładowana pozytywnie zaczęłam szperać w Internecie... Same pozytywy: osoba niczym wulkan energii, przekuwająca w sukces wszystko, czego się dotyka, realizująca krok po kroku wszystkie wyznaczone sobie cele, niezwykle pozytywny i ciepły człowiek, psychoterapeuta, potrafiący pomóc i postawić na nogi wielu ludzi. Niezwykle ceniony trener rozwoju osobistego, samokontroli umysłu metodą Silvy, chwalący NLP i wszelkie techniki, które mogą pomóc człowiekowi w osiągnięciu szczęścia w jakiejkolwiek postaci! Osoba, która swoimi książkami i własnym postępowaniem wręcz krzyczy do człowieka - niedowiarka: "Możesz wszystko, tylko uwierz, że możesz!" Szperam w tym necie, i szperam, aż... szok! Pani Bożena Figarska w roku 2008 popełniła samobójstwo :( Rzuciłam się do książki, by sprawdzić rok wydania - 2004. Cztery lata przed tragiczną datą! Zastanawiam się, co musiało się stać, by osoba z takim potencjałem podjęła taki krok. Czy w którymś momencie zawiódł  "system", czy upadła "wiara" (w cokolwiek lub kogokolwiek)? Zagadka... Póki co nie chce mi się skończyć czytania książki. Może sięgnę po nią w przyszłości...


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wigilijnie...

Jest wigilijny wieczór i nareszcie moja rzeczywistość przyhamowała. Ostatnie tygodnie to było życie na przyspieszonych obrotach i praca od rana do wieczora. Jakie to szczęście, że kocham moją pracę, bo nie wyobrażam sobie, jak mogłabym gnać tak bez opamiętania w czymś, z czym nie jest mi po drodze. Tym bardziej, że po listopadowym wypadku cały czas żyłam w przyjaźni z lekami przeciwbólowymi, bo bez tego nie usiadłabym przy maszynie. Jest lepiej, ale są dni, gdy ból podstępnie przypomina o sobie i "łapie" mnie to za lewe ramię, to za prawe biodro ;) W każdym razie nie dałam się i oto co powstało we wspomnianych wyżej bólach:

Wielgachny pled o wymiarach 250 x 250 cm, który rzutem na taśmę zdążyłam przed świętami, i który w piątek dotarł do Pani Małgosi, mieszkającej w przepięknym miejscu - stadninie koni pod Przemyślem... Pled szyty dla dwojga młodych ludzi, z których jedno lubi konie, a drugie góry ;) Chciałam, by ani koń, ani góra nie były zbyt "dosłowne", by żadne nie dominowało, ale artystycznie tworzyło spójną, uzupełniającą się i zgraną całość. Czy mi się udało? Myślę, że tak ;P
Ach! Muszę wam się pochwalić, że pierwszy prezent dostałam już pod koniec ubiegłego tygodnia i jest to prezent od Natana, wykonany przez niego własnoręcznie :)
Dzieło przedstawia... sowę ;) Jest to więc druga sowa, jaką dostałam od naszego małego artysty (tę na obrazku z ubiegłego roku cały czas mam, chociaż masło orzechowe, którym owa sowa została nakarmiona już dawno się wykruszyło, pozostawiając wielką, tłustą plamę). Cały czas intrygowało mnie, co "to-to" żółte na głowie, ale Natan bez zastanowienia orzekł, że to słońce, więc... Hmm... No, nie pytajcie mnie, dlaczego "zowa" na głowie dzierży słońce, bo nie wiem i zapewne sam artysta też nie ;))) Widać, taka wizja :D

A z okazji Świąt życzę Wam wszystkim zdrowia, pogody ducha, wyhamowania w rodzinnej atmosferze od wszelkich wariactw tego świata i każdego świątecznego dnia możliwości wsłuchania się w ciszę choć na chwilkę. No, a kolegom - rękodzielnikom nabrania "mocy", bo za kilka dni czeka nas wszystkich to, co... najbardziej "lubimy"... czyli INWENTURA :D



niedziela, 2 grudnia 2012

3 grudnia Dniem Darmowej Dostawy

Dzień 3 grudnia ogłoszono Dniem Darmowej Dostawy w sklepach internetowych, które zechcą przystąpić do tego projektu. Inicjatywa, obecna na naszym rynku od kilku lat, cieszy się wśród klientów coraz większą popularnością, bo - nie ukrywajmy - sporą część kasiorki za dokonane w sieci zakupy pochłaniają koszty przesyłki. Biorąc pod uwagę, że za kilka tygodni święta, jest to również świetna okazja do zakupu prezentów w niższych cenach.
W tym roku w akcji bierze udział między innymi Galeria "Brocante", w której troszkę moich prac także się znajduje, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, to serdecznie zapraszam:

http://brocante.pl/uzytkownicy/dostepne-produkty-galeria/uzytkownik/shayneen


Jest troszkę poduszek patchworkowych, woreczków, zawieszek, haftowanych ręcznie drobiazgów, no i oczywiście patchworkowych wianków, m. in. ten - wybitnie dla kogoś, kto lubi sobie w środku zimy powspominać o lecie i szumie morza ;P Na oryginalnej, rybackiej sieci prosto z Ustki wykonany! :)))




Tydzień fizycznego cierpienia

W poniedziałkowe popołudnie byłam uczestnikiem bardzo nieprzyjemnego w skutkach wypadku, który skutecznie wykluczył mnie z "życia społecznego", niejako "unieruchomił" i uzależnił od leków przeciwbólowych - jak to określiła moja animalsowa koleżanka: "wypadku z psem w tle". My, animalsi, tak już mamy, że w nasze zwierzolubne życie wpisane są różne mniej lub bardziej niebezpieczne sytuacje, ale akurat zwierzaczki nie są temu winne, lecz jak zwykle - człowiek... W każdym razie ja, osoba unikająca jak ognia leków przeciwbólowych, muszę być przez jakiś czas dla nich miła, by pozwoliły mi normalnie funkcjonować ;) W piątek dzięki tabletkom mogłam pójść na pogrzeb osoby bardzo mi bliskiej, a od wczoraj z wielkim impetem ponownie zasiąść do maszyny :) Rozgrzewka musi być, ponieważ jutro rozpoczynam pracę nad wielgachnym pledem - 250 x 250 cm i muszę nieźle naginać, bo czas nagli.

Dzisiaj "drobnica", czyli popularna śniadaniówka, zwana z "angielska" lunch bag ;) Ta uszyta na zamówienie w wersji dżinsowej ;)



niedziela, 25 listopada 2012

Światowy Dzień Pluszowego Misia :)

Z okazji Światowego Dnia Pluszowego Misia życzę wszystkim miśkom wiecznej miłości ze strony ich właścicieli ;) Właśnie w związku z tym, że u nas w domu ta "wieczna miłość" wobec pluszaków to jakiś kult, wyżej wymienione nie nadają się do publicznego pokazania. Z reguły mają już swoje lata (towarzyszą moim dzieciom od lat najmłodszych) i ich wiek zapisany jest w licznych łatkach i cerowaniach, ale nie ma mowy o ich wyrzuceniu ;) Dlatego wpis "ubarwi" misiek... haftowany! :D

sobota, 24 listopada 2012

Jestem, jestem ;)

Pytacie w mailach, co ze mną, że się nie odzywam, nie piszę ;) Jestem , jestem... Dziękuję, że się o mnie troszczycie - to dowód, że ktoś o mnie myśli ;)
Koniec listopada, więc pracy dużo, jak to u każdego rękodzielnika w tym okresie. Maszyna furczy od rana do wieczora, a ja przeklinam na najkrótsze dni w roku, bo nie cierpię pracy przy sztucznym świetle, nie mówiąc już o tym, czego wysłuchuje mój pies, kiedy w takie ponure dni przychodzi mi złapać za aparat, by sfotografować prace ;P W każdym razie pracuję, jak mróweczka, a jak "złapię" wolną godzinkę to i potrafię w kuchni coś wysmyczyć. Dzisiaj - rogaliki z jabłkami, pachnące kusząco cynamonem i... rumem (to drugie, to taki mój eksperyment: dodałam do ciasta drożdżowego trochę zaprawy rumowej). Jeszcze trochę zostało, więc zapraszam:
... I pledzik dziecięcy skończony dwa dni temu:

Pledzik dziecięcy: 135 x 118 cm.

niedziela, 21 października 2012

Czy sowy idą do nieba?

Nataniel siedzi przy stole kuchennym i w milczeniu (!!!) bazgrze niebieską kredką na całą długość i szerokość kartki, gdy do kuchni wchodzi Bruno - syn mojej przyjaciółki.
- Cześć, młody. Rysujesz? A co to jest?
- Zowa.
- Sowa??? A dlaczego niebieska? Sowy nie są niebieskie!
Natan z powagą przerywa długie milczenie, nie odrywając się od rysowania i nie podnosząc wzroku znad kartki:
- Zowa posła do nieba.

...

Różowy króliczek patchworkowy.


czwartek, 18 października 2012

Przedwczesne gratulacje ;)

Po ostatnim wpisie dostałam dwa miłe maile z gratulacjami (pod wpisem też się takie pojawiły :D) "z okazji" nowego faceta ;))) Nie wiem, ale chyba to tak zawile napisałam, że mnie źle zrozumieliście! Otóż Relsed to nic innego, jak wlewka z diazepamem, mająca za zadanie w krytycznej sytuacji hamować drgawki. Co się natomiast tyczy spraw damsko - męskich, to nic się u mnie nie zmieniło, aczkolwiek te przedwczesne gratulacje śmiem traktować jako samospełniającą się przepowiednię, bo wychodzę z założenia, że "nigdy nie mów nigdy" ;))) Wszak płynie we mnie krew, nie woda, a wszystko -czy chcę, czy nie chcę- idzie do przodu (chociaż czasami wolałabym, żeby się cofało) i nie mogę wykluczyć żadnej ewentualności ;) Któż to wie, co czai się za zakrętem??? ;D
"Zagoniona" ta moja rzeczywistość. Pracuję na potrójnych obrotach, wieczorami nawet nie sprzątam "szmatek", tylko zostawiam to tak, jak leży i rano wracam do roboty. W papierach zaległości, propozycje współpracy z nowymi galeriami (w tym stacjonarnymi) leżą odłogiem, bo nie mam czasu, by to ogarnąć. Nie rozumiem, jak to jest - człowiek pracuje za trzech, tworzy, wystawia, a kryzys ciągnie się za nim, jak pogrzebowy kondukt. W dodatku straszą, że ma być jeszcze gorzej. Wyobrażacie sobie to "jeszcze gorzej", bo ja jakoś nie.
Za to jesień, jak co roku, wyczuliła mnie na zwierzaki (poza tym, co robię cały rok) i z dniem dzisiejszym uroczyście rozpoczynam zimowo - animalsowe "giveaway". Głównie schroniskowo - przytuliskowe. Jeszcze nie wiem, na które dzisiaj padnie - sama uczynię z siebie "sierotkę" i będę losowała :)))

...
Aksamitna kopertówka w kolorze ciemnego amarantu. Do sprzedania, ale chyba niedługo, bo właśnie ktoś o nią pytał ;)